Nie chciałam zwlekać za długo z nowinami, trochę ze względu na obawę, że znowu wydarzy się coś nieodwołalnego i pogrążającego w smutku, trochę ze względu na to, że może miło by było odsunąć na chwilę temat szczurów i powiedzieć o czymś, o kimś innym.
Stało się, po raz enty, mamy kolejnego szczura. Zbieractwo szczurów to choroba przewlekła, postępująca, skłonna do nawrotów i ciężka do wyleczenia. Ale między szczurem a prawdą, zrobiliśmy to ze względu na Piptol. Oczywiście, będąc szczera z samą sobą, przyznaję że ogromną siłą woli powstrzymałam się od złamania zasad i własnych przyrzeczenie, raz o niekupowaniu szczurów (istnieją źródła zatwierdzone i nie), dwa o zaprzestaniu ściągania do domu szczurzych dzieci (przynajmniej na jakiś czas). Kusiły zwłaszcza małe fuziki, ma największa fenotypowa miłość do tego gatunku. Ale stop, zatrzymaj się mówiło sumienie, masz psy, masz papugę, masz Piptol potrzebujacą stałej podaży leków, pomyśl o swych możliwościach i ograniczeniach. Więc pomyślałam, rozważyłam i tak w naszym domu pojawiła się Madame. Ponieważ z zasady lubię komplikować sprawy zamiast je upraszczać skusiłam się na ponętną ofertę fundacji z Lublina. Była w tym nutka egzotyki, a Hemma, dom tymczasowy dla małych zwierząt z dużym zrozumieniem podszedł do kwestii jakich, dlaczego i ile szczurów potrzebujemy. Przeszliśmy bez większych problemów procedury adopcyjne, pocztą nadaliśmy transporterek, umowę adopcyjną i w ten prosty sposób do naszego zwierzonarium, w miniony poniedziałek, zawitała nowa ‚stara’ szczurka. Teoretycznie była ideałem – starsza, po przejściach (jej historia jest dość skomplikowana – została znaleziona wraz z wieloma innymi hodowlanymi szczurkami na parkingu, następnie wyleczona z zapalenia płuc i wykastrowana), a na dodatek nie wymagająca aktualnie żadnego leczenia. Trochę lękliwa, lecz co tu się dziwić po takich przeżyciach na wolności, do której to szczury kanapowe absolutnie nie są przystosowane. Ale za to, co zostało potwierdzony przez nas empirycznie, w istocie jest nieagresywna czy to w stosunku do zwierząt czy ludzi.
Po tym jak przywiozłam ją do domu moim Renozłommegan (transport tak całkiem do Warszawy się nie udał, ale żeśmy nie wybrzydzali) zaczęłam mieć dość solidne wątpliwości co do jej zaawansowanego wieku (co najmniej dwójka na karku miała być niemalże gwarantem). Oczywiście, dałam biedaczce odpocząć zanim rozpoczęłam serię eksperymentów na zwierzętach. Łączenie i takie tam planowałam rozpocząć nazajutrz. Procedury standardowe, wanna, koce (raczej szmaty), zapas cierpliwości. Madame łudząco przypomina Piptol tudzież naszą Helge, w pewnej skali, zupełnie jakby była dobrym duchem przeszłości. Ma to w sobie jakiś taki upiorny a jednocześnie rozczulający pierwiastek. I tak się łączyliśmy bez pośpiechu we wtorek, środę, czwartek. Obserwacje tylko upewniały mnie w przekonaniu, że szczurka może dzidzią to nie jest,ale… Szczurza intuicja krzyczała jak alarmowy dzwonek, że nasza wybranka ma gdzieś w okolicach roku. Najwyraźniej lekarz weterynarii szacujący jej wiek oceniał go gdy ledwo dychała z powodu choroby. Niezrażona tym odkryciem w czwartek zapakowalam obie damy do transporterka (no, po prawdzie w piątek nad ranem) i tak, dalej bez zgrzytów spędziły z 14 godzin razem, aż pewna byłam że nie zamierzają się nawzajem zgładzić.
Na pierwsze wzruszenia wzięło mnie, kiedy zostałam Piptol tulącą się do swej o wiele mniejszej i młodszej kopii. I tak to właśnie jest od tamtej pory, że panie spędzają ze sobą wiele czasu dając sobie ogromne ilości czułej uwagi. Jakoś przymykają oko na dzielącą je różnice pokoleń i możliwości (psycho)ruchowych. Przyznać muszę, że choć może dość prozaiczna, jest to dla mnie piękna historia o (szcurzej) miłości. I pośród wielu smutków to, na razie zwieńczone sukcesem, przedsięwzięcie daje mi moc spokojnej radości i ukojenia.