Ciężko mi to napisać. 442 gramy, tyle waży dziś moja przyjaciółka. 442 gramy i wielki guz, co oznacza że tak naprawdę jest bardzo chudziutka.

To nasz ostatni wspólny dzień. Jesteśmy już umówione na ostatnią wizytę. Oczywiście ona nic o tym nie wie. Tak to właśnie jest.

Szczerze mówiąc nie bardzo ma ochotę na jakieś specjalne spędzanie czasu ze mną. Tak sobie po prostu jesteśmy. I może tak jest dobrze. Największy szczurzy sukces dzisiaj? Gdy zjadła w końcu z ochotą leki przeciwbólowe. Z serkiem waniliowym. I poczuła się troszkę lepiej. Następny w kolejce sukcesów ustawił się orzeszek ziemny, trzymany podczas spożycia jedną łapką. Bo guz ją przeważa. Bo średnio trzyma równowagę nawet gdy niemal leży. I nie wie dlaczego tak się dzieje. Co w niej popsuło się tak bardzo, że nie może żyć jak wcześniej. Nawet jak dwa tygodnie temu. Tydzień.

Nie wiem, być może pobyłaby jeszcze z nami gdyby nie martwica na boczku, idealnie na starych strupach po lekko rozdrapanym szwie… Lecz cóż to byłoby za życie? Ale gdy Twój przyjaciel zaczyna odrobinę cuchnąć i niewiele da się z tym zrobić, bo przeprowadzanie zabiegu tylko w celu opatrzenia martwicy byłoby kuriozalną pomyłką, to już na pewno wiesz że nie jest dobrze.

Mogliśmy pożegnać się z nią w sobotę. Ale nie chciałam. Chciałam jeszcze kilku tych chwil, wykradzionych raczej dla mnie, niż dla niej. Chciałam na spokojnie, chciałam tak jak ja chcę. Jeśli się nad tym zastanowicie wiele rzeczy robicie dla siebie.

Oczywiście, że ją kocham. Będę sobie to powtarzać, może ktoś to przeczyta, może nie, ale to bardzo ważne dla mnie. Kocham każde zwierzę, które żyje ze mną i jego odejście wydziera kawałek mojej duszy, serca, wstaw umowne cokolwiek, by określić to, co podobno nie istnieje.

Może to jakiś syndrom. Amorus animalus. Może to choroba. Wszakże każda choroba wywołuje cierpienie, czyż nie.

Popełniam wiele błędów. Myślę, że kiedyś popełniałam więcej. I mam nadzieję, że będę ich robić coraz mniej. Oczywiście teraz chodzi mi o to jak opiekuję się zwierzętami, co i w jaki sposób im z siebie daję.

Nigdy nie jestem gotowa. Na śmierć nagłą, na zaplanowaną… Nigdy. Wyobrażam sobie to czasem, próbuje się oswoić, to trochę jak wcielanie się w role przez małe dzieci, a za każdym razem to jest cios. Powalające zjawisko. Uczucia, przeżycia, które temu towarzyszą są unikatowe, bardzo bolesne i niezbyt podobne do innych.

Jak myślę o tym, co ma się stać, to boli mnie brzuch, zapalam kolejnego „ostatniego” papierosa, a serce w piersi niespokojnie kołacze i coś ściska się we mnie, choć mogłabym przysiąc ze zewnątrz wyglądam bardzo spokojnie. Tym razem będziemy z tym same. To znaczy same z panią lekarz medycyny weterynaryjnej.

Spróbuję weselej, choć i tak będzie smutno (przynajmniej mnie). Chyba mam jakiś zespół traumy przedurazowej, albo między urazowej, nie wiem. Wiele czasu poświęciłam dziś na zakrawające na flashbacki wspomnienia Helgi w pełni sił. Małej. Trochę łysej. Niezmordowanej w zwiewaniu. Kitraniu się w zakamarkach. Jest chyba naszym najczujniejszym szczurem, zawsze była gotowa natychmiast ewakuować się z miejsca urojonego lub nie zagrożenia. Pamiętam, kiedyś, zwiała nam przez nieodpowiedzialnie (druzgoczące) uchylone okno czy nawet drzwi balkonowe na nasz osiatkowany biedacko vipowy balkon. Bawiła się chyba niezmiernie dobrze, buszując między porzuconymi bez czci słoikami czekającymi na nowe przetwory i gratami naszych gospodarzy. Prawie cały dzień na nią czatowaliśmy. Noc. Oczami wyobraźni widziałam (nierealnie) jak schodzi po pionowej ścianie (z 10 pietra) do sąsiadów. Albo że nigdy nie znajdę jej w balkonowej szafie z nie-moimi skarbami. Ale udało się. Schwytaliśmy ją. A diablica nie miała nawet potem kataru.

Innym razem, kiedy wylegiwaliśmy się w łóżku, nie pamiętam, czy była to sobota, czy niedziela, w końcu naszą rozleniwioną uwagę przyciągnęło dziwne skrobanie dobiegające z… kanapy. Tak. Małe szczury uwolniły się z klatki, to była pierwsza duża Tysiowa klatka, i przyznam, że jej jakość pozostawiała wiele do życzenia. Pękło mocowanie na górze, całej konstrukcji to nie zagroziło, ale szpara była większa niż pomiędzy prętami, i małe szczurynki postanowiły nas odwiedzić aż w sypialni. Cudem nic im się nie stało.Widocznie głupców (chodzi mi głównie o mnie) los czule strzeże. Penetrowały sobie w najlepsze skrzynię od tapczana, a przy próbie pochwycenia ich (najpierw trzeba było ostrożnie otworzyć ten złom, żeby nie zmiażdżyć uciekinierek) Helga schowała się w to poszycie kanapy, czy jak tam nazywa się materiał separujący dół części sypialnej łóżka. Materiał ucierpiał (został bezlitośnie pocięty w celach ratunkowych) a szczur ocalał.

Chciałabym tylko taką ją pamiętać. Ale wiem, że będę pamiętała o wiele więcej.