Zostały nam tylko dwie szczurzyce. W ogóle nie takiego składu się spodziewaliśmy, do głowy by nam nie przyszło, że po prawie dwóch latach od odejścia Tysi, będą z nami tylko jej toruńskie wybawicielki, Piptol i Helga. Cała młodzież przepadła…

Nie wiem, jak długo jeszcze będziemy cieszyć swoim towarzystwem. Nie wiem i nie wiem czy chciałabym wiedzieć. Piptol przeżywa swą trzecią mniej więcej młodość (w maju, na samym początku, stuknęło jej i siostrze 2 lata). Jest ogromna, włochata i żywa, choć podobno od lutego choruje przewlekle i śmiertelnie na guza przysadki, dzięki Szczurzy Boże, że starczają jej leki podawane raz na 3 dni, i tak sobie, dobrze naregulowana, albo tak naprawdę zdrowa, skika na tym spidzie, ciesząc się życiem. A Helga… Nasza strachliwa, kanapożerna (tak, ten syndrom okazał się zaraźliwy) szczurka, która na sumieniu ma nawet zbity żyrandol, przeszła dwie dość poważne operacje. Nie wiem, po której wyglądała bardziej jak Frankenstein. Bądź co bądź za każdym razem była bardzo dzielna. Paradoksalnie pierwszy zabieg, choć niby trudniejszy, był bardziej „zyskowny” (i nie chodzi mi tylko o kasę którą dostała lecznica). Przez jakiś czas o wznowie nawet nie myśleliśmy. Piękne czasy (byłyby, gdyby nie choroba Emi). A potem… Potem guz zaczął odrastać i rósł i rósł, aż w końcu szczur znowu trafiła na stół operacyjny. Guz był duży, z przerzutem na płat wątroby, co znaleziono, wycięto.

Trzeba przyznać, że Helgą dzielnie zajął się wtedy T., bo ja musiałam wyjątkowo wcielać się w bardziej typowe ludzkie role. Nieoceniona pomoc mojej siostry również wspomogła rekonwalescencje szczura ze szwem długości szczura zawijającym się w dziwaczny znak, który jak się później okazało nie oznaczał szczęścia. Bez oglądania się na te starania więcej niż jednej osoby, choroba przypomniała o sobie szybko – niespełna 3 tygodnie po operacji macalna była, nawet przez zwykłego śmiertelnika, potencjalna wznowa (guzy guzy guzy). Teraz, mniej więcej półtora miesiąca od zabiegu, szczur ma gigantyczne guzowate zmiany w jamie brzusznej, lekarz weterynarii stwierdziła, że bezcelowe jest podejmowanie kolejnej próby usunięcia zmian… Szczur jedzie na lekach. Doraźne tramal lub kwas tolfenamowy (nie zalecany), objawowo. Steryd, dwa razy dziennie (przerobiliśmy już wielokwiat, rzepak, grykę – chodzi mi o miody, ten szczur jest pędzony miodem). Leki osłaniające – na wątrobę, na żołądek – dwa razy dziennie. Przeciwkrwotoczne i przeciwobrzękowe odstawiliśmy (losowo, bez zapowiedzenia robiły się jej potworne krwiaki). I tak sobie żyjemy dzień po dniu, wciągając kolejne strzykawki miodu (steryd jest koszmarnie gorzki, ale i tak nie równa się ranigastopodobnym lekom) i sinlacu. Męczę zwierzę – prawdopodobnie w podobny sposób, jak męczymy na przykład osoby starsze, nie rokujące, z różnymi chorobami nowotworowymi – nie powinniśmy ich leczyć, nawet jeśli tego chcą, no bo i tak długo nie pociągną? Być może. Czy szczur chce? Według mnie chce, póki chce jeść, łapczywie wciąga starannie wyłuskane przez siebie świeże ziarna słonecznika, mimo problemów z równowagą próbuje (i robi to) wspinać się, dopóki kitra się w królestwie za kartonów, wciąga tam szmatki i znajduje jakąkolwiek przyjemność w przytulaniu się do siostry. Gdy przestanie to robić, gdy będzie znikała bardziej niż znika teraz, wtedy uznam prawdopodobnie, że już nie chce. Dość arbitralna sprawa czyż nie. Być może tylko sobie coś wmawiam, tylko się usprawiedliwiam. Być może.

Koszmarnie jest patrzeć, jak chudnie, mimo że jej brzuch (z prawej) jest coraz większy… Koszmarnie jest myśleć, czy zastanę ją martwą, przy kolejnym wejściu do pokoju? Czy to długo jeszcze potrwa? Bardziej 3 dni? Bardziej dwa tygodnie? Miesiąc?

Ale lubię trzymać jej ciepłe ciałko, cieszę się z każdej dawki leku, którą przyjmuje bez oporów. Małe sukcesy, małe klęski.

Nie mogę się pogodzić z zaginięciem Ziutka, z odejściem Emi. Wciąż i wciąż to do mnie wraca. Mimo że nie były to jedyne straty tego roku,  Nie wiem jak uporać się z tyloma stratami, nie wiem jak przygotować się na kolejną.

Nie jestem dobra w życiu tu i teraz, ale czasami właśnie tego chcę, być, nie rozpamiętywać i otrząsnąć się na chwilę z tych wszystkich goryczy, Próbuję.