Tym razem nie wiem od czego zacząć.

Nie mam ochoty, pomysłu? Nadziei? Nie wiem po co i na co pisać o tym, wspominać i wracać.

Ale wiem, że zasługujesz na to, nawet jeśli tylko dla mnie samej i przede mną samą. Głupie? Pewnie tak, jak całe życie człowieka, przepojone absurdem, błędem, ociekające niestosownością i wszystkim tym co ludzkie.

Byłam taka bezsilna i czasem prześladuje mnie myśl, że pobłądziłam i jak zwykle wybrałam źle, co też pewnie jest prawdą.

Lubię czasem taką rozsypkę, chaos, nikt nie wie o co chodzi, nikt oprócz mnie, ale czy to ważne, to płynie jak myśl, niezorganizowane, losowe, prawie wolne, a z chaosu według niektórych zrodził się świat. Sic! Chyba nie było warto.

Każdy mój przyjaciel, każdy mój (moja) towarzysz (ka) dostaje takie pożegnanie. Nawet gdy nie chcę chcę się żegnać. A nie chcę. Chociaż minęło już tyle czasu, niemożebnie dużo, by wciąż płakać nad szczurem. A czasem wciąż płaczę. Na przykład teraz. Cóż za rozbrajające nieprzystosowanie. Emi była szczurem. Ciekawe objawy traumy, że wciąż najpierw widzę ją, taką idealną, jak wyciągam ją z pudełka, czy innego transporterka w domu i nie mogę przestać zachwycać się nad jej różowością. I pamiętam jak zbliżyłam ją do twarzy (jak można zbliżać szczura do twarzy?) a ona wtedy polizała mi usta. Serio to zrobiła. Naprawdę. Łaskotało. Może to już pisałam o innym szczurze, ale muszę nadmienić i tu, że była najłagodniejszym stworzeniem jakie stąpało po skórzanych kanapach na tej ziemi. Słowem M-A-S-A-K-R-A.

Miała trzy operacje. Mój mały, wrażliwy, łagodny, cierpliwy szczurek. Guz spod pachy (pikuś, wcale nie był groźny) poszedł na chirurgiczną taśmę jako pierwszy. Ale jak wzięliśmy się za jej oko, było tylko gorzej i gorzej… Poza krótkimi okresami przerwy, po średnio pięć dni, gdy z wielką nadzieją patrzyliśmy jak jej rany się goją, a apetyt rośnie. Coś niesamowitego. Nie będę chyba dołączać zdjęć, przynajmniej tych z kategorii „dokument” z tego okresu. Emi skończyła w końcu bez oka. A następnie z ziejącą, śmierdzącą raną która dominowała jej pyszczek… Nigdy przenigdy się jej nie brzydziłam. Pielęgnowałam jej ranę, podawałam leki, i czułam ogromną miłość. Może to patologiczne. Może niezdrowo hoduję miłość w obliczu cierpienia. Ale tak było.

Zaczynało przerastać mnie zadawanie jej cierpienia wciąż i wciąż na nowo, każdy zastrzyk, każde wkucie… To było trochę jak gmeranie we własnej ranie na cudze życzenie. Nie chcesz, ale robisz to, zamiast podkulić ogon pod siebie i uciekać.

Niesamowite było to, jaką miała w sobie wolę życia. Jak bardzo chciała i potrzebowała być z innymi szczurami. Jak starała się nie porzucić swoich zwyczajów, każdy strzępek papieru wciąż był czymś absolutnie fenomenalnym i zdatnym do wciągnięcia do kryjówki. Oczywiście cierpiała.

Pewnego popołudnia, gdy dawałam jej już drugą czy trzecią (chyba drugą z rzędu) dawkę butanomorfiny (czy czegoś takiego) żeby mogła pospać tak jak lubi, trochę na głowie, postanowiłam, że wezmę ją ze sobą, swoją drogą po odbiór ze szczurzego szpitala po zabiegu usunięcia guza gruczołu mlekowego u naszej innej szczurki Piptol (która miała się chyba pierwsza wyautować – wszakże pierwsza zaczęła chorować, na słynną szczurzą przysadkę, tymczasem ma się dość wybitnie, zważywszy na wiek) do szczurzego weta.

I tu się zaczyna seria błędów i kolejna odsłona mojego koszmaru. Oczywiście, jechałam tam z myślą, że być może jadę po śmierć, ale teraz powiedziałabym sobie NIE RÓB TEGO. Jednak pewnie rzeczy lepiej zaplanować. Tak się wcisnęliśmy z naszą biedulą, na wizytę w typie odbiór, a dość niewydarzona Pani weterynarz zobaczywszy nieszczęsną Emi, powiedziała, że jeśli się teraz zdecydujemy, rozpadający się guz w oczodole, jak najbardziej „kwalifikuje ją do eutanazji”. No to się zdecydowaliśmy… I znów powiedziałabym sobie NIE RÓB TEGO, weź te mocniejsze leki, przywyknij do ostatecznego, wróć za dwa dni.

Tej pani nie znaliśmy, ona naszych szczurów też raczej nie. Najpierw za mało znieczulenia, potem znieczulenie numer dwa, a potem tak masakrycznie źle przeprowadzona eutanazja, że już zawsze będę pamiętać drgawki mej przyjaciółki, skrzepy krwi i zdenerwowanie pani weterynarz. Pewnych rzeczy się jednak nie przerywa…

Wybacz mi przyjaciółko. Wybacz, że zafundowałam Ci jeszcze na koniec Twego przepełnionego cierpieniem życia coś takiego. Wciąż chce mi się rzygać, gdy o tym myślę. Jestem słaba. Nie przeżyję żadnej wojny, nie będę mogła walczyć o swój marny los, gdy rozczłonkowuje mnie takie „małe” cierpienie. Chciałabym się łudzić, że już nic nie czuła. Ale wydaje mi się, że to brednie. Spróbujcie może wbić sobie igłę w serce, przez żołądek, najlepiej więcej niż raz, w międzyczasie wymiotując krwią. Może głupi jaś Wam wystarczy. Weźcie jakąś ketaminę czy coś.

Umieram trochę za każdym razem, gdy wracam to tego, choć wiem, że teraz moja Emi nie cierpi a ja kochałam ją bardzo i kocham wciąż. Macie nieśmiertelność miłości. Obiekt waszych uczuć odchodzi, a Wy wciąż to czujecie. Każdy ma takie piekło na jakie zasługuje.
Tyle czasu, wciąż tak żałobne myśli. Czasem traumę u siebie poznaję po tym, że równie wiele bólu przynosi mi przyglądanie się radosnym wspomnieniom co tym ostatnim.

Emi odeszła od nas 30.05.2019. Żegnaj przyjaciółko.