Trzydziesty czerwca. Nie jest to dla mnie żadna wyjątkowa data, nie jest to dzień, który mógłby się czymś wyróżnić, nie jest dziwny, wyjątkowy. Może, gdybym sięgnęła do czeluści swojej pamięci, znalazłabym tam coś smutnego, coś co w jakiś sposób odbiło się na tym, kim i jak jestem teraz, ale nie sięgam. Przyjmuję taką taktykę, strategię obronną, która sprawia że większość z tych smutnych dat, po jakimś czasie, rozmywa się gdzieś w mojej wyobraźni. Wiem że były, często pamiętam szczegóły dnia czy popołudnia, gdy moje życie się zachwiało, odrobinę stanęło na głowie, ale odzieram te wspomnienia z dat, wrzucam te wyznaczniki czasu to bezpiecznego „nigdy”. Nie sądzę, żebym w jakimkolwiek stopniu była umysłem ścisłym, ale cyfry, liczby, zawsze robiły na mnie wrażenie, wzruszały mnie, jak dziwacznie by to nie brzmiało, a daty są tak przytulnie określone i usystematyzowane, i nie chciałabym na zawsze kojarzyć ich z czymś „złym”.

Mogę co najwyżej posłużyć się metodą odniesienia, żeby uzasadnić (chyba sobie, bo komu?) czemu chciałabym powiedzieć coś właśnie dzisiaj. Będzie to nieco naciągane, ale być może, jak wielu ludzi, potrzebuje punktu zaczepienia, żeby się jakoś upewnić że mogę, powinnam coś zrobić, i mam prawo zatrzymać się w tym życiowym chaosie.

Trzydziestego kwietnia, dwa miesiące temu, zupełnie niespodziewanie, zniknął nasz przyjaciel, nieznany tutaj, nieznany w ogóle szerzej. Próżny żal ściska, że tyle piękna się zmarnowało i niemal nikt nie dowiedział się, jak to piękno miało na imię i jakie było.

Ziutek był (choć mam głupią nadzieję, że wciąż gdzieś jest) naprawdę piękną amazonką niebieskoczelną. Brzmi obco, nie jest to zbyt popularny zwierz, ale niewiele trzeba wiedzieć, żeby zachwycić się choćby ze względów estetycznych. Trafił do nas z drugiej ręki, jako ptak „używany”, ale młody, bo niespełna ośmiomiesięczny, w grudniu. Bądź co bądź, jak wiele zwierząt, i  tych obiektywnie pięknych, i egzotycznych, i zwyczajnych i brzydszych, stał się ofiarą pomysłu „pupil dla dziecka”. Pierwszy właściciel, choć to słowo drażni mnie, bo mam pewne wątpliwości, czy my, ludzie, jak bardzo cudowną, wyjątkową, niezwykłą „koroną stworzenia” byśmy nie byli, możemy tak naprawdę posiadać inne życie na własność. Z pewnością możemy to życie wykorzystać, odebrać, zawłaszczyć, ale i zadbać o nie, docenić, współistnieć z nim… Niemniej posiadanie go, jest dla mnie pojęciem tak bardzo abstrakcyjnym i absurdalnym, że wątpię w nie całą sobą. Tak czy inaczej, trzymając się powszechnie znanego i używanego określenia, pierwszy właściciel zakupił Ziutka od hodowcy jako jeszcze niesamodzielne pisklę i całe wakacje dokarmiał go i pielęgnował, znalazł czas, miał dla niego uwagę, lecz jak już zdążyłam się wielokrotnie przekonać, wszystko ma swój kres. Lato się skończyło, pracy przybyło, dzieci się znudziły, ptak siedział całymi dniami w za małej klatce. Podkreślę tutaj, że nie istnieją zwierzęta dzieci, zawsze są to zwierzęta za które całą odpowiedzialność powinni brać dorośli, owszem ucząc swe dzieci, ale to niemożebnie nieuczciwe zrzucać winę (odbarczając siebie), na istoty dopiero kształtujące się, w których dopiero co wzrasta poczucie odpowiedzialności, a papuga jest zwierzęciem niezwykle wymagającym i skomplikowanym, więc pomysł u zarania był skazany na klęskę. Gdzieś w międzyczasie na arenie pojawił się mikro-piesek, nowa maskotka dla dzieci, a w planach był koń lub kucyk, co gorąco starałam się odradzić, polecając z całego serca szkołę jazdy konnej i inne mniej inwazyjne metody zapewnienia dzieciom rozrywki i kontaktu ze zwierzętami. Pan miał wiele fantazji i pomysłów, ale wyobraźni tożsamej z odpowiedzialnością za grosz.

Tą pokrętną drogą Ziutek znalazł się w naszej rodzinie. Dostał większą klatkę, dostał brzozowe żerdzie, jakieś dziwne przysmaki dla papug, dietę zgodną z potrzebami żywieniowymi amazonek (a potrzebują zjeść wiele zielska). Naprawdę mocno go uwielbiałam. Zdecydowanie był stuknięty, charakterny i potrafił dać w kość. Najbliższą mu osobą była moja mama, oddana karmicielka, z którą wiecznie się kłócił i godził. Upodobał sobie mnie w jakiś pokrętny ptasi sposób, lubił przesiadywać na moim ramieniu, włazić mi na głowę, a zanim nauczyłam się w miarę dobrze odczytywać jego mowę, moje ręce zdobiły liczne ślady papuziego dzioba. Potrafił być zaborczy, upiorny, głośny i plądrujący a nikt tak dobrze jak ja nie potrafił ściągać go z karnisza. Dużo czasu spędzał poza klatką. Zaczął niezdarnie latać (poprzedni właściciel niestety podciął mu lotki… ale z pierzeniem zaczęły odrastać).

Ujmując rzecz w dużym skrócie żył z nami nienajgorzej i dawał nam wiele radości i irytacji. Sporo gadał! Przez zabawę w akuku, dzień dobry, cześć… po zlepki jakichś losowych słów szeptane grobowym z głosem. Miał ładny głos, nie wszystkie papugi mogą się tym poszczycić. Nauczył się mówić „dobry Ziutek” i strzelać fochy, a moje kochane rodzeństwo, mimo licznych obiekcji i próśb nauczyło go kilku niecenzuralnych słów.

I w takim właśnie stanie, z całym swym majdanem, sporą klatką, żerdziami, pojechał z nami na słynne coroczne działkowanie. Wielkie mieliśmy nadzieje i marzenia, co też tam nie będziemy wyczyniać z całym tym zwierzyńcem.

Wiadomo, za długo dobrze być nie może. Nie nacieszyliśmy się świętym spokojem i idyllą, weekend spędziłam na działce, w poniedziałek poprułam do stolicy, zajęcia na uczelni i tym podobne ludzkie sprawy. I wiadro zimnej wody na głowę, wtorek rano, telefon od mamy, Ziutek wyleciał. W przeciągu kilku godzin z siostrą dotarłyśmy na działkę. Początek nie był zły, z rekonstrukcji wydarzeń wynikło, że wyleciał przez uchylone drzwi za mamą, która chciała wystawić worek ze śmieciami na zewnątrz. Nikt nie spodziewał się, że nasz Ziutek będzie tak dobrym lotnikiem… Wylądował na świerku aż za ogrodzeniem. Prośby i groźby mamy nie pomogły, po godzinie poderwał się i sfrunął na podwórko… zanim dobiegła zza ogrodzenia na miejsce lądowania… ptak przepadł. Szukałam go godzinami. Dostawałam już świra od słuchania papuzich krzyków puszczanych z telefonu i głośników. Rozdęły nam się policzki od gwizdania „Parostatku” Krawczyka (Ziutek lubi muzykę retro). I tak mijał dzień po dniu, ogłoszenia, szukanie, głupie telefony („mam pani papugę, wyślę ją pocztą”, „papuga wpadła nam przez okno, zderzyła się z wiatrakiem. Mam mięso mielone w lodówce, ale jak pani kupi kropelkę to se poskleja”, „czy aktualne? Jak się znajdzie, to chętnie odkupię”). I nie trafiłyśmy z Klaudią na nic, nawet na jedno biedne zielone piórko…

Nie wiemy gdzie jest, nie wiemy co robi, nie wiemy czy żyje. Nie wiemy nic o naszym przyjacielu… Z nadziei pozostało nam głównie wyobrażać sobie, że ktoś go dość bezczelnie zawłaszczył i nie dzieje mu się krzywda.

Ptak jest zupełnie „legalny”, zaobrączkowany, zarejestrowany na mnie, i łatwo można go zidentyfikować, gdyby znalazca wykazał minimum dobrej woli. Nie można przetrzymywać, nawet w celach hobbystycznych, takich zwierząt bez odpowiedniej dokumentacji – w razie wykrycia takiej sytuacji i niemożności udowodnienia legalnego pochodzenia ptaka „właściciel” zostaje ukarany. Kochaliśmy go i kochamy. Czekamy na niego, chociaż powinniśmy porzucić już nadzieje.