Wydaje mi się, że zawsze kochałam maj. Wydawał mi się samym sercem wiosny, szaleństwem, przepychem bujnej, soczystej roślinności. Był dla mnie eksplozją życia, nadziei, jakby świat krzyczał, znowu powstałem, jestem, tworzę, odradzam się. Niezwykle upajający miesiąc, bezwstydny, w ten przewrotny niewinny sposób, obarczony setkami drobnych, dobrych wspomnień, obrazów, które wciąż wracają do mnie, jakbym w swojej głowie miała dziwaczny kalejdoskop uformowany z malutkich kryształków szczęścia.

Ten maj był inny. Bardzo bolesny, cierpki, przesycony lękiem, zmęczeniem i stratą. Tak bardzo inne wszystko jest w tym maju, że czuję się tak, jakby ktoś zabrał mi moje bzy, słodkie wonie mieszające się ze spaliną i te wszystkie minuty, każdego dnia liczniejsze, przepojone słońcem. Mój umysł wie, że były, a moje serce mówi, że to nieprawda, nic nie powstało, a wszystko obróciło się w nicość. Żegnam go ze strachem i rozpaczliwie poszukuje odwagi, siły i… nadziei? I nie mam wiary, by bezwstydnie oczekiwać przemiany. Brakuje mi sił, by wyrazić to wszystko wprost. To przyjdzie z czasem.