Bardzo dosyć mam, ale szczury wciąż dają w kość. Jeszcze nie powyciągaliśmy do końca szwów po ostatnim zabiegu, a znów szykujemy się na operację, na jutro… Otworzę nowy kącik tematyczny, tak dla siebie, tak z pasji segregacji i rozpaczliwych prób porządkowania rzeczywistości.

Emi wyznacza nowe standardy, nowe rekordy. Jak się uda pyknie dwa zabiegi w ciągu dziesięciu dni. Nieźle co?

Ktoś ważny dla mnie zapytał, już nie kwestionując nawet czemu, po co i na co to robię, ale czy po prostu to nie będzie zbyt niebezpieczne dla niej? Z lekkiej perspektywy myślę o tym jako o miłym, troskliwym pytaniu.

Czyż szczury nie zostały zaprzęgnięte już dawno temu i nie są po dziś dzień idealnymi więźniami laboratoriów, w przymusowej służbie, jeśli tak mogę się wyrazić, nam, ludziom? Ano są. I dalej wycina się im fragmenty kory mózgowej, razi prądem, podaje narkotyki, hormony, leki… Naprawdę wiele, wiele okropnych rzeczy, często z chirurgicznym otwarciem powłok ciała staje się ich udziałem więc… Nie wiem czemu niewłaściwe miałoby być operowanie szczura, który jest przyjacielem, w całkiem nie-najgorszej formie, ale z dość uciążliwą przypadłością, w której zabieg może ulżyć? Brakuje mi argumentów przeciw, przynajmniej od szczurzej strony. Nie zamierzam „męczyć” zwierząt. Nie jestem zwolennikiem akcji „za wszelką cenę”. Ale Emi nie wybiera się w zaświaty, i moją powinnością jest przywrócić jej w miarę swych możliwości komfort życia, skoro mogę.

Tak więc też zamierzamy zrobić – ogólny stan szczurki naprawdę jest dobry, więc czysto medycznych przeciwwskazań do wycięcia zmian z tej nieszczęsnej, poprzerastanej spojówki brak.

Także znowu pozostaje mi pokładać ufność w tym, że musi być dobrze. Już widzę oczyma wyobraźni tę galerię zdjęć ilustrującą cudowną metamorfozę. Spuchnięte, zwierzęce oczka to bardzo smutny widok.