Szczury dość mocno zawłaszczyły sobie ten rok i nie chcą odpuścić. Trwaj sławo.

Helga nam się pięknie zagoiła, na szczurze prawdopodobnie goi się lepiej niż na psie, zatem czas na nowe atrakcje, w naszym wesołym zwierzogrodzie nie może zabraknąć nowych wyzwań.

Jutro (a właściwie już dziś) pod nóż idzie Emi, bo guz się pasie i nie chcielibyśmy doczekać momentu w którym najpierw będziemy widzieć guza, potem szczura. Jej oko wygląda tragicznie i nasza modelka straciła na urodzie. Chociaż to zależy jak się na nią spojrzy. I dość dosłownie należy podejść do tego zdania – Emi przybrała nową, być może szlachetniejszą formę. Ma dwie strony, dwie twarze, niczym moneta, i trzeba przyznać, że robi to wrażenie.

Nie wiem jak one to robią, że chorując, zmieniając się widocznie, nie tracą zazwyczaj siebie. Eksplorują, bawią się, żyją. Zazdroszczę im szalenie tej prostoty i umiejętności brania życia, od tak, po prostu.

Helga nie wie, że guz który jej wycięliśmy był paskudny a do tego złośliwy (miło z jego strony, że jeszcze nie zaczął odrastać, może to będzie jeden z tych szczęśliwych choć niezrozumiałych przypadków medycznych). Emi nie wie, że jutro będzie panikować w lecznicy i straci kawałek siebie (bądź co bądź nadprogramowy). Piptol nie wiem, że jest chora przewlekle i te litry kaszek, które wcina to nie manna z nieba za bycie najszczurszym szczurem na świecie, a podstęp by przemycać leki trzymające w ryzach zagrożenie. Z zaangażowaniem, naturalnym i swobodnym, żyją sobie w teraz. Cudowne i ożywcze. Błoga nieświadomość. Muszę spróbować kiedyś, aczkolwiek może okazać się, że to stan dla mnie nieosiągalny.

Martwię się o tego swojego różowego odmieńca. Niby nic, niby to taki umiarkowanie niebezpieczny zabieg, już gorsze rzeczy robiliśmy, ale jednak. Głupi ten człowiek, wiecznie żyjący wczoraj, albo jutro. Czasem miażdży mnie myśl, że tak skrupulatnie marnotrawimy każde dzisiaj.