To nie jest rok szczura. To jedno zdanie mogłoby być hasłem przewodnim kampanii przeciwko szczurom jako zwierzętom domowym. Uwielbiam je, naprawdę, ale w obliczu szeregu niepomyślnym wydarzeń, w których grały ostatnio główne role schizofrenicznie miotam się pomiędzy stanowczą decyzją o wygaszaniu stada a rzuceniem się jeszcze raz w słodycz szczurzej młodości (zwłaszcza łysej).

Po tym jak Piglet odeszła, szybko okazało się że mój niepokój związany z Piptol nie był nieuzasadniony. Tej fatalnej nocy to dla Pitptol otworzyłam drzwiczki, kolejny raz, już po ostatecznym dołożeniu jedzonka, bo zauważyłam, że jakoś tak słabo sobie radzi, że nie może swobodnie wspiąć się na półkę i chciałam ją podsadzić do miseczki z jedzeniem. I w tych okolicznościach umknęły mi zasady bezpieczeństwa, a potem… Gdy zabrakło Piglet, stan Piptol znacznie się pogorszył. Jeden weterynarz, antybiotyk, przeciwzapalne, siki lały się ze szczura hektolitrami, wymacaliśmy małego guzka na sutku, drugi weterynarz, badania krwi, USG… Wszystko to nie wykazało nic wystarczająco podejrzanego jak na wiek szczura co uzasadniałoby jej stan. Stanęło na guzie przysadki. Może w przypływie weny innego dnia przybliżę cóż to za urocza i typowa przypadłość u szczurów. Piptol dożywotnio musi brać leki, na razie regularnie co trzy dni, jej stan ustabilizował się i cieszy się szczurzym życiem, póki guz sutka (u szczurów są to zazwyczaj zmiany łagodne) nie będzie przeszkadzał jej znacząco w poruszaniu się, wskazań do operacji nie ma, bo na przysadkowe szczury ponoć bardzo źle wpływa znieczulenie. Więc kiedy już stanęliśmy na nogach z kolei naszej małej, łysej Emi wywaliło guzka nad łokciem, nie wygląda to specjalnie groźnie, ale za miło też nie, w międzyczasie jej problemy ze spojówkami, zwłaszcza jedną, tą od tego boskiego rubinowego oka, nasiliły się. I znowu weterynarz, badania krwi, przymierzanie się do zabiegu usunięcia guzka i ewentualnej korekty powieki (podwija się i podrażnia oko). I bum. Znienacka szczur Helga, którą wychwalaliśmy pod niebiosa za jej trzymanie się w zdrowiu, stateczność i niekłopotliwość postanawia zagrać główną rolę. Ma dużego, rosnącego w nieprzyzwoitym tempie guza w brzuchu. Rezygnacja. Scenariusz podobny, USG (guz jest w istocie imponujący, ale nie nacieka na inne narządy, obwiniam się że trzeba było zauważyć to z tydzień wcześniej, a nie skupiać się głównie na bieżących „pacjentkach”). Szczur na szczęście nie wie, że jest tak chora, je na potęgę, eksploruje, wyniki krwi kwalifikują ją do zabiegu bez zastrzeżeń. Emiś ze swoimi chirurgicznymi planami zostaje zepchnięta na dalszy plan – nic jej nie zagraża. Helgę tniemy jutro. Wóz albo przewóz. Co mogłoby pójść nie tak? Prawdopodobnie wszystko, ale skupiam się na właściwych a może jedynych rozwiązaniach. Zostawienie tego jak jest to prostu wyrok śmierci.

Decydując się na szczura niewiadomego pochodzenia, z adopcji (nie, nie zniechęcam do adopcji!) do którego „rodowodu” nikt się specjalnie nie przyłożył (praca hodowlana to kawał ciężkiej roboty), decydujesz się na kosztowną, tykającą bombę genetyczną. Ale gdy już ją masz, chcesz o nią walczyć, rozbroić ją i cieszyć się jej fascynującą obecnością jak najdłużej.