Piglet. Moja ukochana, malutka szczurka. Najmłodsza z naszego stada. Najbardziej kreatywna. Z niepohamowaną pasją do destrukcji wyrobów kaletniczych. Gdyby ludzie z taka energią, jak ona w zjadanie naszej skórzanej kanapy, angażowali się w swoje człowiecze przedsięwzięcia z pewnością zasiedlilibyśmy  już dawną jakąś inną planetę prócz ziemi.

Niezwykle towarzyskie i ciekawskie zwierzę. Łagodne ponad wszelką miarę. Nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek wykazała jakąś agresję.

Ciężko mi o niej napisać, że ‚była’. Chociaż minęło tyle czasu a ja przestałam umierać z egoistycznego żalu, wciąż nie do końca chce wiedzieć, że nie ma jej już z nami. Była zdrowym, wesołym szczurkiem. Miała szczęśliwe życie wśród nas i swoich szczurzych ‚sióstr’. Odeszła od nas 19.01 nad ranem. Wspominanie tego wciąż jest dla mnie masakrą i szatkowaniem duszy z użyciem blendera o tepych ostrzach. O to właśnie chodzi z tym ‚czas leczy rany’. Ciężko nazwać to dobroczynnym uśmierzeniem bólu przez łaskawe zjawisko przemijania dni, tygodni, lat. Raczej po prostu przyzwyczajasz się do tego bólu, oswajasz z nim, przestaje robić na tobie wrażenie, wygłuszasz się na niego. Bo przecież trzeba jakoś żyć, trzeba móc funkcjonować dalej. Oczywiście, Piglet byłby dzisiaj z nami gdyby nie pewne przeoczenia, niedopatrzenia. Gdyby nie dziesiątki małych gdyby. Nigdy intencjonalnie nie działam ze szkodą dla zwierząt jakie biorę pod opiekę. Co nie znaczy, że wszystko robię perfekcyjnie.

Nie mogłam sobie przypomnieć i nie mogę wciąż, czy nie zamknęłam w ogóle czy tylko nie domknęłam drzwiczek. Za słabo zatrzasnęłam. Na pewno nie zabezpieczyłam klipsem. Obstawiam, że najpewniej to zostały jedne otwarte i tyle. To zawsze jest chwila prawda, te wszystkie nieszczęśliwe wypadki. Piglet (i inne szczury, choć bardziej zachowawczo) zwiała z klatki. Koło trzeciej w nocy. Nieszczęśliwie wcześnie nie była tym zainteresowana. Z właściwą sobie namiętnością zdecydowała się na eksplorację kanapy. Któryś szczur musiał zrzucić pudełko z półki. I nie wiem czy to było przed czy po… ataku. Po prostu spałam. Pierwszy obudziłem się T. Figa dała dyla. Znalazł ją, naszego małego różowego słonika, który wczołgał się za kanapę. I wtedy jeszcze myślał, że wszystko będzie w porządku, że wypadek niegroźny. A jednak obudził mnie… I gdy zobaczyłam ją i wzięłam na ręce to był już chyba początek mojego małego końca. Nie, widok nie był przesadnie tragiczny. Nie była porozszarpywana. A mimo to, gdy znasz stworzenie, jak ciche by one nie było w danej chwili, jak spokojne i wytrwałe (była w stanie wspiąć na klatkę), to po prostu wiesz, po prostu czujesz jego ból. Widzisz to. To cierpienie przeszywa cię na wskroś. Naprawdę obrzydliwe, obezwładniające uczucie.

Zanieśliśmy ją do najbliższego całodobowego weterynarza. Jeszcze jest ta nadzieja, to zrozumiałe, człowiek musi się czegoś uchwycić, żeby oddychać, żeby działać. Wie, że jest źle, ale odpycha od siebie to, że jest najgorzej. USG. Szczur tak spokojny, tak cierpliwy. Rusza się, chodzi. Zwierzęta prawie zawsze chcą żyć, dla nich nie ma końca. Rozległe obrażenia wewnętrzne, zatarcie struktur które powinny być dobrze widoczne na monitorze. Czekamy, aż nas ugryzie, aż zaprotestuje, przecież cierpi, przecież mogłaby, ale nie. Zwierzątko wykrwawia nam się do wewnątrz, czas płynie, minuty są wtedy niemierzalnymi jednostkami nieskończoności. Szczurzy weterynarz otwiera się o 8. Ósma teraz, gdy jest po czwartej mogłaby być następnym rokiem, może kolejną dekadą. I podjęłam wtedy decyzję o eutanazji. Nienawidzę cierpienia, pogardzam nim każdą cząsteczką swojego ciała. To bardzo egoistyczne, bo to cierpienie bliskiej, drogiej istoty po prostu przeszywa mnie, rozbija na kawałki, czyni tak małą i bezradną, że czuję się nikim. I przekułabym tę nicość w cokolwiek, gdyby ktokolwiek dał mi jakąś szansę, coś, czego mogłabym się uchwycić. Więc tulę ją, zapewniam że kocham, jeden króciutki pisk przy znieczuleniu, śmiertelny zastrzyk i to już koniec, zostaję sama. Nie sama w sensie dosłownym, jest ze mną T. Rozbici, zabieramy to dzielne ciałko ze sobą.

Traciłam już zwierzęta, a zawsze to jest takie zaskakujące, cios którego nie mogę nauczyć się spodziewać. To bardzo trudne dla mnie doświadczenie. I nie dlatego, że oczywiście czuję się winna i odpowiedzialna za to co się stało. Dlatego, że nie ma jej, i to tak jakby ktoś wyrwał kolejną cząsteczkę mojej duszy i unicestwił ją w bardzo niehumanitarny sposób.

I miłość nie znika, zawsze odkrywam to na nowo. Obiekt uczuć ulatnia się, zabiera z tego świata przesyconego materią, a samotne, zdeptane, przyziemne, niedoskonałe uczucie wciąż mocno siedzi mi gdzieś w samym środku obolałej duszy. I tęskni.

Chce ją pamiętać. Taką jak na tym zdjęciu, taką jaka była i jaka gdzieś tam wewnątrz mnie pozostaje.