Przypomniałam sobie ostatnio, że nawet koty nie mają dziewięciu żyć. Przynajmniej nie mają tych żyć dla nas. Być może odbijają sobie nudne czy złe dni gdzieś daleko we wszechświecie, wcale nie oglądając się za siebie. A może nie, a może zostawiają nas ze smutkiem i niechęcią, albo byłoby tak, gdyby mogły to przemyśleć.

W sobotę… w niedzielę…. Jakoś tak z soboty na niedzielę odszedł Loki. Loki był moim przyjacielem, jak zresztą każde zwierzę, z którym miałam okazję porozmawiać, tak po ludzku choć często bez słów i zadzierzgnąć nić sympatii. Loki, wspaniały i piękny kot zresztą, był towarzyszem mojej przyjaciółki. Miał dopiero 4 lata i nie spieszyliśmy się go pożegnać. Chorował ostatnio, ale niezbyt ciężko. Więc zabrał się nagle i niespodziewanie, co było, smutne – oczywiście, ale i dość szokujące. „No zdarza się. No trudno. Bywa”. Tak mówią normalni ludzie. Prawda? Czasem się doda jeszcze, że zdechł bo zdechł, musisz się otrząsnąć (to otrząsnąć ma chyba empatyczny wydźwięk mówca-zbywca/ciebie i twojego żalu/ zakłada wszakże, że w ogóle masz się z czego otrząsać).
I myślę sobie, że nie można zrozumieć cierpienia drugiej osoby, jakiego doświadcza ona po stracie. Im bliższe było jej utracone, tym będzie ciężej. Możemy oczywiście próbować. Robię to z uporem maniaka. Jak czuje się ten ktoś? Co czuje? Jak mocno? Nie dowiemy się. Sama przecież po swojemu cierpię po tej stracie, ale dla mnie jest to strata inna niż dla mojej przyjaciółki. Myślę, że może być tak, że niewielu ludzi w ogóle interesuje cierpienie innych. Innych ludzi. Zwierząt. I nie są oni sadystami! Gdyby byli zajmowałoby to ich, w pewnym sensie, dość mocno.

Podobno Loki miał chore serduszko. Tak przynajmniej wynika z „diagnostyki” post mortem. Wrodzona wada. Takie koty nie żyją długo. Mogła ujawnić się nagle. Odejście bez większego związku z wcześniejszą niedyspozycją.

Pożegnałyśmy go w lecznicy w środku nocy, choć odszedł najprawdopodobniej w domu. Kiedy głaskałam jego zmierzwione futerko cały czas, ani na chwilę nie mogłam tego odepchnąć, widziałam go jako małe, złośliwe i chyba najsłodsze na świecie puchate kociątko. Ja byłam strasznie struta a on skakał mi po głowie. Obgryzł mi każdy palec. I nie dało rady się na niego gniewać, do domu wróciłam wtedy z podrapanymi rękami. I zastanawiałam się potem nad tym, jak krążą myśli w takich sytuacjach… Skoro mogą właśnie tak, czemu panicznie odpychamy śmierć czy chorobę? Czemu zakładamy „nie chce żeby zapamiętali mnie w takim stanie/ nie chce zapamiętać osoby w takim stanie…”. A przecież każdy z nas jest całością. Nie jakimś stanem, ulotnym, chwilowym, przemijającym. Chciałabym, żebyśmy nauczyli się NIE robić z fragmentów życia obrzydliwości, żebyśmy rzadziej odwracali wzrok od tego co nieładne, na przykład w przemijaniu, bo gdzieś tam w cieniu czai się to ładne, za którym tęsknimy. Jest tam cały czas.