Czym jest Kokos? Jak to zawsze w życiu bywa – to zależy.

Podobno kokos właściwy, czy też palma kokosowa to dość wyjątkowe drzewo, nie bijcie mnie, jeśli określenie drzewo nie jest tu możliwie najbardziej adekwatne, którego nazwa w sanskrycie (!) jest tłumaczona dosłownie jako „drzewo, które zaspokaja wszystkie potrzeby życia”.

Piękne, prawda?

W sumie wcześniej zupełnie nie miałam o tym pojęcia. A jednak „Kokos” było dla mnie słowem odzwierciedlającym przewrotne zaklęcie, wyznanie. Jak „kocham Cię”. Jak „wyznaje Ci, że…”. Było szyfrem.

I wiecie co? Takie właśnie imię, tak – Kokos, dostała jedna z naszych szczurzyc. Kokos była kimś i nikim zarazem. Była szczurem laboratoryjnym. Zupełnie już nie pamiętam czy z nadwyżki hodowlanej (ale chyba właśnie tak), czy odpadem z jakichś testów behawioralnych. Zupełnie jak miłość, nie odnosicie takiego wrażenia? Mnie ono prześladuje cały czas.

I taką właśnie ją adoptowaliśmy. A właściwie gwoli ścisłości z dokumentami, taką ją adoptował T.

Nie odkryjecie Ameryki zgadując, że była biała i miała czerwone (jak dla mnie malinowe) oczy.

Trzeba przyznać, że na tle reszty rezydentek (a pod koniec grudnia, gdy przyszedł czas nam się poznać, było ich trzy -: Piptol i Helga oraz Emi), w istocie wyróżniała się.

A wygląd miał w tej kwestii drugorzędne znaczenie.

Przede wszystkim Kokos z grubsza miała nas gdzieś. Łączenie ze stadem poszło raczej bezproblemowo. To znaczy – zachowywała się jak totalny przegryw, zgadzając się na wszystko i rozpłaszczając jak placek, toteż stado łaskawie przyjęło ją gdzieś na dół hierarchii. Ludzkość zasadniczo traktowała z rezerwą, mocno szanując naszą władzę nad rozdawaniem jedzenia, dopóki tego jedzenia nie trzymaliśmy w dłoni zbyt długo (wówczas bez krępacji rozpoczynała organoleptyczne sprawdzanie czym jesteśmy i skąd przybywamy, za pomocą zębów).

Słyszeliście takie powiedzenie, że miłość jest ślepa? I taka właśnie była Kokos. Może nie całkiem ślepa, ale o ile wzrok szczurów ogólnie jest słaby to jej był nawet gorszy. Skanowała teren bez przerwy, co uważałam za niesamowicie wzruszające. Przez pierwsze dwa tygodnie w klatce docelowej siedziała niemal non stop, gardząc tak zwanym wybiegiem. Żeby zachęcić ją do badania terenu gasiliśmy światło i przyklejaliśmy się do ściany, albo wychodziliśmy z pokoju, bo inaczej jakoś nie szło. Za to szybko przyzwyczaiłam się, że Kokos widzi głównie zębami i muszę przyznać, że w dziewięciu na dziesięć przypadków tych „spojrzeń” były to raczej przyjacielskie skubnięcia, niż śmiercionośne ciosy.

Gdy już się wszyscy oswoiliśmy ze sobą, a Kokos brana na ręce rozbrajająco się rozlewała, przyszedł czas na nowe przygody. Nie bała się już zwiedzać, wspinać i spadać (nie była zbyt zgrabną gimnastyczką).

Wydawałoby się że nasze urocze zwierzątka stale mają zapewniony bezpieczny pokój zabaw.

Codzienność potrafi jednak weryfikować nasze naiwne wyobrażenia.

Pewnego dnia Kokos robiąc raczej umiarkowany łomot, zrzuciła na siebie półko-deskę, taki trochę śmieć z dykty, która sama w sobie zresztą nie sprawiała śmiercionośnego wrażenia… Krew polała się szczodrze, niczym na polu bitwy. Na szczęście nasza Kokos wyszła z tego, niemal, cało. Niestety końcówka ogona nie była do uratowania, więc finalnie szczurzyca stała się trochę krótsza, niż było to w pierwotnych planach natury wobec niej. Doszła do siebie o wiele przed całkowitym zagojeniem ogona.

Teoretycznie taki wachlarz wydarzeń powinien wystarczyć by Kokos uczciwie należało się przeżycie reszty szczurzego życia w błogiej nudzie.

Następny jednak był świerzb. Kiedy Kokos pokryła się parchem, z tym upośledzonym ogonem, wiecznie kiwająca się by złapać ostrość niedowidzącymi oczami, już zupełnie na serio wydała mi się najprawdziwszym i zupełnie namacalnym wcieleniem miłości.

Po wizycie u weterynarza, podaniu leków na pasożyty, przeciwzapalnych, sterydów i takich tam, a następnie po wizycie kontrolne doszliśmy do wniosku, że choć na to wyglądało, świerzb to raczej nie był. Po przeanalizowaniu różnych możliwości padło na alergię. Skaza białkowa, coś w ten deseń. Od tej pory Kokos była na cenzurowanym, skończyły się mięsne smaczki i takie tam.

Szczęśliwie udało nam się dożyć wakacji. Kokos bardzo dzielnie podróżowała samochodem w te i we te, zanim wakacje zaczęły się i dla mnie.

I było po prostu dobrze. Pięć szczęśliwych szczurów. Bo trochę się doszczurzyło u nas i po przyjściu Kokos.

Pewnej nocy wydarzyło się jednak coś, czego nie jestem w stanie ogarnąć w pełni aż do dzisiaj. Szczury mieszkają sobie w naszym wakacyjnym domku na dole, powiedzmy, że w „salonie”, w zupełnie zwyczajnej klatce typu frodo. Tej dziwnej nocy zasiedziałam się poniekąd z nimi dosyć długo. O trzeciej jednak w końcu czmychnęłam spać na górę. O piątej rano obudził mnie krzyk, zbiegłam na dół. A Kokos… A Kokos leżała zupełnie i całkiem nieżywa i zupełnie poza klatką. Piglet siedziała na klatce wytrzeszczając swoje ogromne, czarne oczy. Helgę i przerażoną Emi znalazłam za klatką, w schowku. Piptol nigdzie nie było. Godzinę zajęło mi namierzenie jej, schowanej w pokoju za łóżkiem.

Kiedy pozbierałam z ziemi tak drogie mi, i tak już w tamtej chwili dalekie ciałko Kokos, i gdy miałam już tę sekundę dla siebie, bo 3 z pozostałych 4 szczurów znów były bezpieczne, wydarłam się wściekła, rozżalona, sam na sam z Kokos i pomyślałam tylko, że nie można sobie wyobrazić, nie można przygotować się na to, co będzie się czuło, gdy kogoś się straci.

Nie wiem jak szczury wydostały się na wolność. Nie znalazłam źródła przecieku. Wszystko było pozamykane. Jedna ścianka w klatce lekko wybrzuszyła się, ale czy była to wystarczająca szpara, by wyszły przez nią wszystkie, łącznie z nieporadną Kokos? Po prostu nie wiem. I czuję, że mimo wszystko, tym kto najbardziej tu zawinił, jestem ja. Czegoś musiałam nie zauważyć. Nie dopilnować. Dzień w którym umiera miłość, jest złym dniem.

Czemu chciałam rzucić to w przestrzeń właśnie teraz? Bo dziś mija dokładnie miesiąc od dnia, gdy Kokos odeszła. I tęsknie za nią.