Czy macie czasem tak, że wracacie do czegoś z prawdziwą radością, ochotą i zapałem? Że aż zwijacie się z niecierpliwości, by znów, być może po długiej, lub po prostu znaczącej przerwie, zacząć to robić? Po prostu płoniecie z potrzeby powrócenia do tego czegoś, nie możecie się powstrzymać?

Ja też tak nie mam.

Może, czasami, z podobną do pragnienia po bardzo słonej potrawie, nadzieją, rzucam się wyposzczona na książki, czasem głupie, czasem mądre, a mimo to zazwyczaj czuję rozczarowanie, albo może nie rozczarowanie, tylko brak zaspokojenia, tego czegoś, co kazało mi się w nich /znowu/ zatopić. To nie tak, że one nie są dobre. Że nie są ciekawe. Że nie umieją wciągnąć. Umieją. Ale okazuje się, że to za mało.

Może powinnam napisać, że z taką ochotą i zapałem powracam do zwierząt, skoro ewidentnie jestem zafiksowana na ich punkcie? Tylko, że ja do nich nie powracam. One są ze mną zawsze. Przerwy nie są ani długie, ani ważne, a co najwyżej techniczne.

Ze smutkiem, niemal każdego dnia, zauważam, że nie umiem wracać do czegoś z ochotą i zapalczywą ekscytacją, robię to raczej z ociąganiem, z obowiązku, z wewnętrznego przymusu, z konieczności. Co nie znaczy, że później nie sprawia mi to radości nic a nic, bynajmniej.

Inaczej jest, gdy zaczynam coś nowego. Gdy znajduje nowe rozwiązanie. Wciąż tych nowych rozwiązań szukam. I w tej materii, o dziwo, wykazuję się nadzwyczajną uporczywością, i naprawdę ciężko zniechęcić mnie na dłużej niż chwilę. Choć kryzysy i doły, które często poprzedzają, to co nowe, są naprawdę głębokie, i naprawdę bolesne, w jakiś tajemniczy sposób, wyskakuję z nich szybko.

Czasem o wiele dłużej się spada, niż na powrót wydostaje na górę.