Pozmieniało nam się w zwierzęcym składzie. Skoro świąteczne nastroje powoli dogasają, o ile już się nie wypaliły, a koniec roku zbliża się wielkimi krokami, w czym utwierdza mnie przedwczesny huk za oknem, to z pewnością najlepszy czas na dokonywanie tradycyjnych bilansów i podsumowań 😉

Jest kilka takich dat, które, już „po Tysi” (zastanawiam się nad okrzyknięciem moją oficjalną acz osobistą terminologią „ery przed”,  „ery za czasów” i „ery po Tysi”)  wywróciły naszą rzeczywistość do góry nogami, chociaż na krótką chwilę.

22.10.17  Cudowny dzień, tak samo piękny jak 80% dni w Polsce – padało, niedobór światła, zimno, barometr nastrojów ludzkości szaleje. Niewiele więcej można by o tym dniu powiedzieć. Leniwa niedziela, mimo wszystko. Późne śniadanie, późny spacer z naszym rezydentem Homerem i wiecznie-tymczasową Figą. I któż mógł spodziewać się niespodzianki! Po prawdzie ja zawsze gdzieś tam w głębi siebie oczekuję najdziwniejszego.

Podbiega do nas piesek. Skrzyżowanie szczotki do zamiatania z solidnym zgrzebłem. Przemoknięty do ostatniego pasemka burej sierści. Uroczy. Nieduży. Niestary. Każdy mógłby mieć właśnie takiego psa. I nie dziwi mnie to, wciąż „napadają mnie” luzem puszczone, wypuszczone bez opieki, radośnie wyciągnięte na smyczy flexi, psy. Oczywiście wiadomo, po moich stronach dwóch smyczy koncert, jazgot, bunt, niedowierzanie, rozpacz. OBCY PIES W NASZEJ ORBICIE. Tak, wciąż pracujemy nad prawidłowymi reakcjami naszych na cudze (psy)… Jest nam łatwiej gdy coś lub ktoś stara się również utrzymać dystans i nie przykleja się do nas znienacka.

Dżordzi staje na naszej drodze.

Raczej nie wzrusza mnie to już za bardzo. Obserwatorzy za to wciąż bywają wstrząśnięci.

Piesek-szczotka niczym nie zrażony, prawdopodobnie cierpiący na głuchotę w stopniu co najmniej znacznym, podąża za nami niczym cień. Naprawdę, był niezwykle ujmujący.

Po jakimś czasie bezowocnych zmagań, wydelegowaniu 1 z 2 stacjonarnych psów do domu, przepytaniu okolicznych spacerowiczów „Ojej przepraszam, dzień dobry! Taki ładny ten piesek, tu co idzie za nami. Kojarzy Pan/Pani kawalera?” i braku odpowiedzi twierdzących, pada, bądź co bądź spontaniczna decyzja. WEŹMY go do DOMU. I przysięgam, to był pomysł T. Duma rozparła me serce. Ochoczo przytaknęłam i czym prędzej piesek znalazł się w naszym przedpokoju.

Na początku znaczył sikiem każdy róg i był niestety nie wykastrowany, ale poza tym, okazał się ideałem. Po początkowej fazie załamania i obrazy oraz niechęci, Figa i Homer szybko pogodzili się z obecnością Dżordżiego (jakoś trzeba było go naznaczyć!). Wiadomo, problemem jest tylko OBCY pies, skoro już obsikał im przedpokój, stał się taki trochę SWÓJ.

Około godziny spędziłam w lecznicy, by i tak stwierdzić brak czipa, w którym to czasie Dżordżi obwąchał całą poczekalnię i uśmiechnął się merdającym ogonem to każdego człowieka, oferując w przelocie swą przyjaźń…. Ogłosiliśmy go na grupach typu Zaginione/Znalezione , błyskawicznie powstały ogłoszenia itp, itd. A poza tym, niestety my sami byliśmy już nieco przepsieni 🙁

Zawsze marzyłam o takim psie jak Dżordżi. Wesoły, kochany, łagodny, towarzyski, niezbyt natrętny, raczej cichy, bystry, przypominający szczotkę, o bursztynowych oczach itd… Miał tylko jeden poważny „mankament” wykluczający go z puli „pieseczków stworzonych dla mnie”. Poza ewentualnymi (domniemywanymi) ciągotami do szlajania się nie miał żadnych zaburzeń behawioralnych… Lubił nawet inne psy, nie był lękowy ;/ Słowem, nie potrzebował mnie ani trochę, poza tym, że szczerze mnie polubił. Z wzajemnością.

Szybko pojechał na kolejny tymczas. Sterroryzował tam na wstępie kota (jak widać, ideały jednak nie istnieją), poza tym zaprezentował się z jak najlepszej strony, stracił klejnoty, jeszcze u nas zyskał czip i czem prędzej znalazł swego adoptującego. I mieszka już jakiś czas w swoim nowym, prawdziwym, stałym domu…

25.10.17 Data można rzecz podwójna. To w ten dzień wieczorem odwieźliśmy Dżordziego na nowy tymczas. A wracajac… Byliśmy umówieni ” na przejęcie” kolejnego mikrouczestnika naszego stadka… Emka, Emi, Ten Mały Różowy Potwór…. Jest naprawdę cudownym, wstrętnym, rozrabiającym, różowym, a trochę szarym, szczurem, z zanikiem futra. Kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz, prawie się popłakałam. Uwielbiam łyse, cieplutkie, aksamitne, nieznośne szczury. Prawdopodobnie to jakiś defekt, i istnieje jeszcze dla mnie szansa na wyleczenie.

Nie mam pojęcia skąd biorą się takie właśnie szczury, ale prawdopodobnie ulepiono je z całej masy słodkości (Piptola też, Heldze ujęto parę gramów cukru, dodano za to kilka decybeli). Z Małym Różowym Potworem (ponad wszystko ceni sobie wolność, uczucia człowieka i sianie zniszczenia) nasze szczurze stado znów osiągnęło zbilansowaną wartość 3 sztuk.

Z łączeniem i takimi tam oczywiście nie było większych problemów. Podpasowały sobie dziewczyny niemożliwie. Widocznie były sobie pisane 😉

Czułam oczywiście wyrzuty ze strony Figi, mniejsze od Homera. Byłam święcie przekonana, że psy przepełnione irytacją z nutką zazdrości, tylko przewracają oczami z powodu obecności kolejnego paskudnego stwora.

08.11.17 Tu wiele do opowiadania nie będzie. Stało się to dokładnie, co stać się musiało. Otóż na naszą piękną Helenę Figę I podpisane zostały super oficjalnie, z pełnym profesjonalizmem papiery adopcyjne i przestała być psem tymczasowym. Oczywiście, jak rozumie się samo przez się daleko się nie wybierała, by ziścić swe marzenie o byciu na full czyjąś i stałą, a nie tymczasową. Została naszym adoptowanym psem 😉 zaskoczenia tu nie ma.

I mogło by starczyć tych wydarzeń zwierzęcych, co najmniej na czas jakiś, choć do nowego roku, wszak w starym  było ich pod dostatkiem. Ale jednak  nie, nie powstrzymaliśmy się. I był to tym razem, (a może znowu?) pomysł T.

28.12.17 Zyskaliśmy Kokos. Kokos, jak przez nas została ochrzczona, a jest to słowo w naszym domowym dialekcie magiczne, jest inna. Co by nie umknęło, Kokos jest szczurem. Szczurem numer 4, w naszym zrównoważonym stadzie, co przybył by zachwiać nieco jego równowagą 😉

Jest zupełnie biała, i prawdopodobnie mogłaby chodzić ze stale zamkniętymi, czerwonymi oczami bo i tak niewiele może nimi zdziałać, ile by się nie naskanowała. Kokos jest labikiem, czyli szczurem laboratoryjnym. Była akurat,  jak i 49 swoich „sióstr”, skutkiem ubocznym pozyskiwania do celów eksperymentalnych samców. Czekała ją eutanazja. Ale i na to są paragrafy i fundacje, wszystkie młodociane (ok 4 mies) skutki uboczne trafiły na ścieżkę adopcyjną. Kokos nie lubi ani nie nie lubi ludzi. Lekko się ich obawia i zachowuje dość dużo dystansu, choć nie była cześcią żadnego eksperymentu, to laboratoryjna rzeczywistość swoje zdziałała. Z naszymi połączyła się dość ulegle, czasem dostaje wciry. Nie są to krwawe bójki a raczej krzykliwe babskie spory ;). Jest dla nas niezłym kokosem do zgryzienia, a naszym planem jest uczynienie z niej proludzkiego i zaangażowanego szczura.

Na mądrości ludowe, błyskotliwe wnioski co z czego się wzięło i rozliczenie zysków i strat czas z pewnością się znajdzie. A co jest, każdy już widzi.

A teraz sylwestrowo. Nie lubię huku. I to nie dlatego, że mam bzika na punkcie zwierząt. Ale nie lubię go tak, o. Tymczasem huczą mi już od godziny, nie wspomnę już o wystrzałach przypadkowych i wczoraj, i jeszcze dzień wcześniej i rano….

No trudno. Ale uważajcie. Pamiętajcie o jakimś fajerwerkowym BHP… Nie zapominajcie i swoich zwierzostworach, nawet jeśli lubicie sobie postrzelać. ROZSĄDKU I TRZEŹWOŚCI UMYSŁU nawet jeśli jakiś ułamek promila krąży już we krwi, niech nie zabraknie… Im mniej schrzani się dzisiaj, i dla siebie i dla innych, tym lepszy ma być Nowy Rok 😉 godnie żegnajmy rok 2017.

Zatem starajmy się. I w Sylwestra, i po.