Cóż mogłabym powiedzieć Wam, przestrzeni, czy czemukolwiek, do czego mógłby dotrzeć mój smutek?
Pozwolę sobie na trochę emocjonalności i chaosu. Ciekawe, że to co tak chętnie skrywamy, skromnie odsuwamy od siebie, nad czym pochylamy głowy, czym nie epatujemy (a przynajmniej – chociażby w wersji „że niby tak właśnie chcielibyśmy”- staramy się nie epatować) gdy dotyczy ludzi, daje nam prawo do przeżywania szczerych, intensywnych, nagłych emocji, jeśli chodzi o zwierzęta. Co najwyżej pod groźbą śmieszności i pobłażliwego potakiwania głowami (jakże mała to cena!), jakoby był to nasz niegroźny i nieciekawy „taki kaprys”. I o ile na zwierzęta jesteśmy wrażliwi w ogóle…

Tysia odeszła.

Jak prościej i dosadniej mogłabym to ująć, nie raniąc się przy tym jeszcze bardziej? Tego nie wymyśliłam.
Spędziłyśmy ze sobą wiele pięknych i trudnych miesięcy. I nie zamieniłabym tych wszystkich miesięcy na łatwe miesiące bez Tysi. Nigdy przenigdy. Jakiż człowiek ze zbyt rozwiniętą perspektywą i zbyt ciążącą mu świadomością swego stanu, mógłby nauczyć mnie tyle o przegrywaniu, wygrywaniu, niezłomności, walce i istnieniu mimo tego. Dla zwierząt nie istnieje taki czas jak dla nas. Nie istnieją takie ograniczenia. Ani taki strach.
Tak bardzo ją kochałam i wydaje mi się, że mogę powiedzieć iż kocham wciąż.
Śmiejcie się śmiejcie, na zdrowie. Nie będę mieć do Was żalu. Przecież był to tylko szczur. Ale wszystkim śmiejącym się, i tym których brwi unoszą się wysoko na skraj czoła (bo z niewiadomych przyczyn tekst ten do nich jakoś dotarł) życzę, z całego serca i bez krzty podłości (a potrafię być osobą złośliwą) by czuli miłość i ten ból, i zapowiedź czy ziszczenie straty i żeby poprzez to cokolwiek było w stanie wstrząsnąć ich najświętszym, bo ludzkim, jestestwem, dowodząc, że istnieje coś (poza nimi samymi), co nadaje ich życiu bieg i sens. I nie dlatego, że ubabranie się w takich przeżyciach, jest dobre czy złe, nie dlatego że uszlachetnia czy czyni silnym, nie dlatego, że możemy być za to z siebie dumni czy żądać poklasku. A dlatego, że jest to po prostu samo życie, a nie sama pustka. Lecz co mogłoby być dla Was źródłem miłości i związanej z tym tajemnicy istnienia, musicie już sobie odpowiedzieć sami.

Tysia odeszła w sobotę 14.10.2017 r. o 22:27.
Od dziecka mam małą manię liczb. Dat, godzin. Biorąc pod uwagę tę skłonność do kontemplacji i dodając do tego moje ciągoty i szacunek jaki żywię do zwierząt, może to po prostu już od dawien dawna Pitagorejczycy nadają sygnał z kosmosu, tego wszechogarniającego ładu, sygnał specjalnie dla mnie. a ja zaś wcale nie jestem pechowa, tylko wciąż jeszcze słabo interpretuje znaki.

Odeszła na moich rękach, przytulona. Tam gdzie było jej miejsce. I tyle tylko mogę się pocieszyć, że choć nie zdążyłam z decyzją o wyjściu do weterynarza (a wahałam się), to ten smutny moment przejścia nie zastał jej samotnej.
Nie powiem, że zrobiłam dla niej wszystko co było można. Uważam, że zawsze można zrobić więcej i lepiej. Choć nikomu nie zalecam samobiczowania się i stosowania tortur psychicznych.
Żałuję, że kilka godzin spędziła zupełnie sama (przygotowałam jej specjalną klatkę, wszystko przemeblowane pod nią, bo od rana czuła się bardzo źle i jak głupie to by się nie wydawało, ja z kolei czułam, że gdzieś czai się na nas już ostateczność. Chciałam żeby miała spokój, żeby młode jej nie deptały – ale czuję że zrobiłam źle i tym samym zaczynam proces samobiczowania właśnie). Ale nie żałuję, że ostatnią godzinę (półtorej), spędziła ze mną. Tyle żeśmy razem przeszły, przeszłyśmy i to.

Miała dwa lata (nie jest to wcale zły wiek jak na szczura- powiedzmy że to nasze ludzkie 75 czy nawet 80, ale gdzieś tam pół żartem pół serio spekulowaliśmy, że zakonserwowana lekami dobije w okolice trójki. Gdzieś nam się tam roiło, że po szczurzemu jest niemal „nieśmiertelna”, z takim niedowierzaniem i podziwem wręcz odkrywaliśmy ją na doczesnym świecie w każdym kolejnym dniu, tygodniu, miesiącu, wciąż żywą. Rok chorowała naprawdę dość ciężko i prawie wciąż. Tym samym została swego rodzaju rekordzistką. Od dawna przyjmowała leki bez dłuższych przerw. U mnie na stałe rozgościła się w marcu.

Nie wiem jak to teraz będzie wyglądać. Co zrobię, z tymi zakodowanymi i głęboko zakorzenionymi już potrzebami i zobowiązaniami „trzeba wstać i nakarmić Tysię. Tysia musi wziąć leki i się poprzytulać. Tysia musi jeść. Nie mogę za późno wrócić, jeśli nie ma kto zająć się Tysią…”.
Ciężko będzie obyć się bez tych uciążliwych, męczących rytuałów, na które nie raz nie dwa narzekałam, ale które starałam się wypełniać jak najsumienniej. Ciężko będzie się obyć bez jej entuzjazmu na mój widok, bez tej wiary we mnie i polegania na mnie.
Że dam jeść, że ogrzeję, że jakoś pomogę, bez tysiowego tupania po kanapie, i skoków oraz akrobacji godnych kamikadze (byle bliżej człowieka…). Ciężko będzie się obyć po prostu bez niej. Naprawdę.
Ja rozumiem, że innym może być równie ciężko zrozumieć moje postawy i uczucia, co mnie przestać się rozklejać z powodu szczura. Ale gdyby tak sobie wyobrazić, przy odrobinie chęci, że każde zwierze, z którym się „wiążę” nieprzelotnie, integruje się ze mną i staje częścią mojego serca, mojej duszy…
To gdy ta malutka część odchodzi, z nią wyrwany zostaje po prostu kawałek mnie. I to boli. Jak diabli. Ten kawałek może się gdzieś odrodzić (być może trąci to herezją), albo z boku przyrośnie nowy… Wraz z kolejnym zwierzęciem w moim życiu, które przyjdzie, i odejdzie (prawdopodobnie) szybciej niż ja, co mnie zrani. Ale czym byśmy byli. Bez zaangażowania. Bez tej szczypty poświęcenia. Bez cierpienia.
Tęsknię.
Tysia. Najukochańszy i najlepszy szczur.