Pomimo wszystkich pesymistycznych głosów mówiących „to już koniec, jesień za pasem”, „lato się skończyło”, „dni coraz krótsze, a noce chłodniejsze, „liście zaczynają opadać z drzew”, niezupełnie w stu procentach zresztą pokrywających się z prawdą, wciąż mamy okres letni. I troszkę, czy smutasy tego chcą czy nie, to jeszcze potrwa.

I co zatem, w tym letnim okresie, słychać u mojej trzody?

A do mojej trzody, przypomnę, należą:

Kostek
Homer
Lulu
Figa

Tysia, Helga i Piptol (jako jedno szczurze ciało).

Wszystko u nich, odpukać, w porządku i mają się dość dobrze, a czasami lepiej. Nie jest to oczywiście stan przesadnie permanentny ani całkiem stabilny, ale im więcej istot żywych, mniej lub bardziej, lecz jednak zależnych od ciebie, cię otacza, tym mocniej jesteś w stanie docenić ulotne chwile spokoju i hossy.

Wszyscy razem utknęliśmy (jeszcze w lipcu), w lesie. Jest to sytuacja komfortowa zwłaszcza dla Kostka, Homera, Figi, mniej dla Lulu (ale hrabianka powoli przywykła). I dla mnie po prawdzie też. Lubie słuchać szumu drzew, mniej niż bardziej oglądać ludzi, a nawet zbierać grzyby.

Przykładowy zbiór grzybowy.

Przykładowy zbiór grzybowy.

Ponadto, powiedzmy że w niedalekiej okolicy, do naszej dyspozycji rozlewa się w całej swej krasie Jezioro Zegrzyńskie. Także ujdzie nawet znaleźć jakieś atrakcje, o ile ktoś jest wytrwały.

Zalew Zegrzyński

Zalew Zegrzyński

Jako bonus, w okolicy można napotkać tereny bagienno-podmokłe, a pośród nich zakątek, opatrzony uroczą nazwą Parów Karski.

Niezgorszy ten Parów, co?

Niezgorszy ten Parów, co?

Szczurom chyba nie robi różnicy ich położenie geograficzne, przynajmniej tym „małym” (Tysi mocno, zwłaszcza na początku, brakowało skajowej kanapy jako elementu wybiegu, poza tym wiemy przecież jak nie lubi zmian), byle miały zabezpieczone zapasy żywnościowe i możliwość hasania poza klatką.

Dotykają mnie czasem takie przelotne momenty zwiększonej świadomości na swój temat, i robiąc w myślach przegląd całego tego kramu, który ciągnę wiecznie za sobą (i który, sic! rośnie), gdziekolwiek bym nie skierowała swych kroków na dłuższą chwilę, czuję się jak cygan z taborem, tylko zamiast kolorowych wozów, magicznych kamieni i falbaniastych spódnic, mam 18 psów i 52 szczury (dane liczbowe podkręcone celowo).

I jest mi dość obojętne, czy przenosiłabym się na jakiś czas w celach czysto wypoczynkowych, czy byłyby to pobudki służbowe, a nawet dyplomatyczne – jeśli tylko miałabym taką możliwość (a jestem w stanie zrobić wiele by ją mieć!), i tak ciągnęłabym te ogony za i ze sobą. Po prostu razem czujemy się lepiej, i najzwyczajniej w świecie cierpię, gdy zbyt długo jestem rozdzielona z moim mieszanym gatunkowo stadem. Prawdopodobnie stado, a przynajmniej jakaś jego część, również boleśnie przeżywa tęsknotę za mną, ale na wykazanie tego brakuje mi dowodów naukowych i muszę opierać się na intuicji i, nie tylko moich, obserwacjach. Nie zapominajmy jednak, że miłość i związane z nią oddanie, a nawet wynikające z nich skutki uboczne takie jak odpowiedzialność, nie szukają ani uznania, ani poklasku, ani nawet nie oczekują wzajemności 😉

Także chyba naprawdę nikogo nie powinno dziwić, że właśnie tu, w lesie, tyle czasu, również wszyscy jesteśmy razem 🙂

Zawsze problematyczny jest ten moment teleportacji z miejsca A do punktu B z tak licznymi przedstawicielami różnych gatunków, oraz wszelkimi przyrządami służącymi do ich obsługi. Ale gdy już zadziała mój wątpliwy urok osobisty, zazwyczaj udaje mi się dotrzeć do wymarzonego celu wraz z całym żywym inwentarzem, oraz wszelkimi dobrodziejstwami, jakie się nim wiążą.

Może i niejasno, ale zdaje sobie sprawę, jak „niezwykle interesująco” muszą wyglądać takie „wczasy”, dla zwykłych śmiertelników, czy też wybrańców nieobciążonych takimi wadami genetycznymi jak ja (t.j.: psiokręciek, zwierzolubstwo, zespół obsesyjnego zainteresowania tematami około-zwierzęcymi, przygarniactwo zwierząt i inne), ale wierzcie lub nie, szaloną radość wywołują u mnie merdające ogony psiarni biegającej po podwórzu (która przecież przez większość roku jest rozparcelowana na więcej niż jedno miejskie gospodarstwo domowe), dzięcioły stukające z uporem maniaka w sosny i inne okazy ornitologiczne, szczury poznające „nowe tereny”, różni przedstawiciele owadów (niekoniecznie w okolicach mojego łóżka), padalce spotykane ni stąd ni zowąd na piaskowej drodze, ganiające się wiewiórki, które bez skrupułów okradają leszczynę i takie tam. Są to prawdopodobnie symptomy wyżej wymienionych chorób.

Padalec zwyczajny. Cudo!

Padalec zwyczajny. Cudo!

Żuki gnojaki, czy też żuki gnojarze. Słodziaki, prawda?

Żuki gnojaki, czy też żuki gnojarze. Słodziaki, prawda?

Ćma. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jaka konkretnie.

Ćma. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jaka konkretnie.

Ot, taka ciekawostka. Pewnego wieczoru Kostek zauroczył się ćmą. Ta kropka po lewej (w górnym rogu) na boazerii to jego nowa wybranka (wybranek?).

Ot, taka ciekawostka. Pewnego wieczoru Kostek zauroczył się ćmą. Ta kropka po lewej (w górnym rogu) na boazerii to jego nowa wybranka (wybranek?).

Wiewiórka. Patrzcie, a ujrzycie. Szpieguje je codziennie, ale niełatwo uchwycić.

Wiewiórka. Patrzcie, a ujrzycie. Szpieguje je codziennie, ale niełatwo uchwycić.

Więc jak wyglądają wakacje, dla – zwłaszcza moich, zwierząt?

Przede wszystkim SPORT.

Główną dyscypliną letniej olimpiady, uprawianą z wielką pasją i oddaniem, są biegi po skolonizowanym przez nas terenie okraszone sporą porcją szczekania i rywalizacji. Z lubością podejmowane są zawody takie jak obrona furtki, a właściwie ogrodzenia na całej rozciągłości, poprzez zmasowany atak (zdecydowanie jest to aktywność zespołowa).

Mile widziane jako urozmaicenie są też marsze terenowe i na przełaj przez las, które umożliwiają podziwianie krajobrazów i ostrożne zapoznawanie się z cudami natury (na przykład mrowiskiem), aczkolwiek me psy nie należą do bardzo niezależnych piechurów i na trasie wycieczkowej trzymają się w odległości 0,7-1,5 m ode mnie, co po przemyśleniu bardzo sobie chwalę.

Całkiem zgrabne mrowisko

Całkiem zgrabne mrowisko

Okazuje się, że mimo powszechnie krążącej opinii, jakoby Lulu była miejskim pieskiem brzydzącym się wsią i nadmiarem natury, za to ubolewającym nad niedoborem infrastruktury (np. betonowych traktów pieszo-jezdnych), świetnie sobie radzi w lesie (czego dowiodła więcej niż jeden raz) i na trasie usłanej igliwiem również, zwłaszcza w duecie z Figą, prawdopodobnie wspierana przez nią mentalnie.

Wygodnie na leśnej ściółce

Wygodnie na leśnej ściółce

Leśne baby <3

Leśne baby <3

Nasze dzielne akrobatki, którym niestraszne leśne ostępy

Nasze dzielne akrobatki, którym niestraszne leśne ostępy

Kostek i Homer to z kolei „pieski podążające”, zatem gdziekolwiek człowiek by się nie wybierał, chętnie zabiorą się razem z nim. Pewnego ciepłego popołudnia próbowałam delikatnie nakłonić ich do kąpieli w gościnnych wodach Zalewu Zegrzyńskiego, ale moje starania spełzły na niczym. Łaziły co prawda za mną krok w krok, co nie ułatwiało mi wykonania wymarzonych pamiątkowych zdjęć, ale ich argumentacja przeciwko sportom wodnym była nieubłagana:

  • po pierwsze skoro ja się nie kąpie, czemu oni mieliby to robić? Kto ich ochroni przed falami zawdzięczanymi motorówkom?
  • po drugie co najwyżej, jak i ja, mogą zmoczyć łapki, bo nie wydaje im się aby stan czystości wody był satysfakcjonujący 😀
  • po trzecie, psia kość, odpoczywaliśmy z 10 m od znaku zakazu kąpieli! Innym plażowiczom oczywiście taki zakaz ani trochę nie przeszkadzał 😉

Nie naciskałam zbyt mocno i pozwoliłam chłopakom nacieszyć się piachem. Uczciwie muszę przyznać, że były wybitnie grzeczne i tolerancyjne, nie obszczekiwały, nie szarpały. Ludzie, zwierzęta, wózki, rowery – wszystko było dla nich okej, tak bardzo zaabsorbowały się samą wycieczką.

Zalew? A fe! Homer po zetknięciu z bliżej nieokreślonym płynem przypominającym wodę uciekał dość szybko.

Zalew? A fe!
Homer po zetknięciu z bliżej nieokreślonym płynem przypominającym wodę uciekał dość szybko.

Na ciepłym (nie gorącym!) piasku - najlepiej!

Na ciepłym (nie gorącym!) piasku najlepiej.

Wykonywanymi dodatkowo i jakby od niechcenia czynnościami wzmacniającymi tężyznę fizyczną są zabawy takie jak uganianie się za szyszunią (wiadomo, przodownikiem tutaj jest homer), która dość godnie przy odrobinie wyobraźni jest w stanie zastąpić ukochaną piłkę, a nie powoduje za to wojen.
A od czasu do czasu w grę wchodzą również sporty bardziej naukowe wzorowane na archeologicznych wykopaliskach, m. in. zakopaliska (niewtajemniczonym objaśniam: zwierz, który pochwycił godny uwagi smakołyk, lecz przepełniony jest już pysznościami, zapobiegawczo tworzy za pomocą – głównie –  kończyn przednich, mniejszy lub większy dół i następnie zabezpiecza w nim swój skarb. Jest to przemyślana lokata kapitału „na przyszłość”, która w istocie często ulega wzbogaceniu przez nowe, pożywiające się na niej, życie, a także finezyjnie acz z naturalną niefrasobliwością skomponowane mocne walory zapachowe).

I chociaż całe psie stado to pieski miejskie za nic mają przechadzanie się bulwarami nad wodą i zdecydowanie przedkładają nad takie mieszczańskie przyjemności szlajanie się po lesie, tudzież nurzanie w piachu.

Piaskowe pieski - Lulu i Figa. Na wydmach.

Piaskowe pieski – Lulu i Figa. Na wydmach.

Dzielna ta Fig, no nie? Wspina się.

Dzielna ta Fig, no nie? Wspina się.

Piaskowe pieski - Kostek i Homer. Wydmy równa się piach równa się radocha.

Piaskowe pieski – Kostek i Homer. Wydmy równa się piach równa się radocha.

Czy szczury uprawiają jakiś sport? Ciężko powiedzieć.

Jedna odpowiedź mogłaby brzmieć: absolutnie nie! Szczury stworzone są tak, by wciąż szukać dla siebie wygody (ważne jest by dobrze i w dobrym miejscu się wyspać), ułatwień (zaciągnę całe jedzenie do „łóżka” – nie będę co 5 min przecież schodzić do półki spiżarniowej) i co najwyżej rozrywki (ale sobie zrobię bujak z pociętego koca, przydałaby się jeszcze jedna dziura), a nie sportowego znoju.

Zaś druga odpowiedź: oczywiście, że tak, bezustannie! Wspinaczki (również po płaszczyznach całkiem pionowych – to jak „skałki” vel „pójdziemy na ściankę?” u ludzi, no nie) – okazuje się, że ogoniaste wybitnie dobrze wdrapują się po „szczebelkach” boazerii, która suto wyścieła wnętrze domu, gdziekolwiek zechcą. Zapasy – oddawaj mój kawałek odgryzionej, zasikanej SZMATY, to ja sobie zrobię z niego poduszkę. Biegi na czas (krótkodystansowe) – ktoś idzie! DO BIEGU GOTOWE START, META ZA KOMODĄ.

Piptol po prawej, Helga po lewej. Nie zdążyły zbiec z komody.

Piptol po prawej, Helga po lewej. Nie zdążyły zbiec z komody.

I, muszę powiedzieć, że obie odpowiedzi są równie dobre. Ewentualnie do odpowiedzi nr 2 dodałabym jeszcze Rosnę i Tyję (dotyczy tylko Piptola i Helgi).

Zdecydowanie nie oddam tej kukurydzy...

Zdecydowanie nie oddam tej kukurydzy…

No i jakby się jeszcze chwilę zastanowić, to Tysia dość mało angażuje się w życie sportowe. Preferuje przede wszystkim niespieszne przebieżki na możliwie dużej, lecz bezpiecznej wysokości – gdyby była damą, nie szczurem, brakowałoby jej tylko uroczej parasolki chroniącej jej alabastrowe, kruche acz powabne ciało przed piegami, mogącymi powstać w wyniku nadmiernej ekspozycji na słońce.

Dystyngowana Tysia, dystyngowanie je kukurydzę. Może to i byle jakie jedzenie, ale najwyraźniej smaczne. I tak ziarenko po ziarenku... Widać, każdy ma taki sport, na jaki zasługuje.

Dystyngowana Tysia, dystyngowanie je kukurydzę. Może to i byle jakie jedzenie, ale najwyraźniej smaczne. I tak ziarenko po ziarenku… Widać, każdy ma taki sport, na jaki zasługuje.

Oprócz sportu oczywiście RELAKS, obserwacji „zmęczonych” zabawą zwierząt zawdzięczam nowe powiedzonka, np „uwalić się jak zadowolony pies” – tzn., gdziekolwiek osobniku jesteś, syty zabawą i atrakcjami (chociażby zaangażowały Cię na góra 5 min) zwalasz się niczym kłoda na darń/trawę/piach/deski tarasu, najlepiej oczywiście rozgrzane słonecznymi promieniami, wyglądasz jak martwy i po chwili zaczynasz lekko drgać w sennych marzeniach albo radośnie pochrapywać.

Przykładowy pies uwalony na piasku

Przykładowy pies uwalony na piasku

Przykładowy pies uwalony na polówce...

Przykładowy pies uwalony na polówce…

Przykładowy pies uwalony we zapasowych kołdrach... (na polówce)

Przykładowy pies uwalony we zapasowych kołdrach… (na polówce)

Przykładowy pies uwalony w hamaku...

Przykładowy pies uwalony w hamaku…

Ciekawą formą relaksu po zabawie, a czasem rozgrzewki przed są tarzanki – najmniej drastycznie w trawie, czy piachu, bardziej w wilgotnym mchu pełnym kolek albo na glebie kusząco pachnącej pleśnią. Z niecierpliwością czekam, aż któreś ze sfory zrobi to w końcu w błocie. A że sporo padało i raczej jeszcze padać będzie, są na to spore szanse.

Jeśli chodzi o szczury, relaksu lubią zażywać w hamaku/koszyku/zasiedlając kłąb wykonany ze szmaty/adaptując na legowisko czyjeś ramię-lub kaptur-lub głowę- lub cokolwiek/zasypiając na komodzie/ w szufladzie/ na lampie- lampę w końcu zabrałam, młode dziewuchy zaczęły obgryzać artystycznie wykonaną ze skóry obudowę przypominającą chitynowy pancerzyk karalucha.

Szczury na rzeczonej karaluszej lampie

Szczury na rzeczonej karaluszej lampie

Obraz przedstawia młodość niecnie sprowadzoną do li i jedynie funkcji kaloryfera/podłogowej instalacji grzewczej

Obraz przedstawia młodość niecnie sprowadzoną do li i jedynie funkcji kaloryfera/podłogowej instalacji grzewczej

Bardzo dobre miejsce na wypoczynek

Bardzo dobre miejsce na wypoczynek

Dodatkowym zajęciem zwierzęcym, a moim to już na pewno, był kolejny (nie wiem już który) rzut choroby Tysi, która oczywiście niedomagająca jest przewlekle, ale czasem robi się jej gorzej niż gorzej i wtedy wszyscy zaczynają kiwać głowami, i powtarzać coś w stylu, no tak, no może to już jej czas, tak długo już choruje, dzielnie walczyła, męczy się itepe. Mnie się ciężko zniechęca w takich sprawach i uparta jestem niezmiernie Więc i tym razem trochę zamknęłam uszy na wszystkie smutne przepowiednie, i część umysłu także przed własnym gdybaniem, i spróbowałam „jeszcze raz” biednej Tysi pomóc, mając na uwadze przede wszystkim komfort, ulgę w cierpieniu, żeby było lepiej nie gorzej itd. Czemu w ogóle jej się tak pogorszyło, że znów z dnia na dzień słabła, chudła, całkiem straciła chęć do jedzenia i miała swoje słynne duszności… Nie wiadomo. Może to były echa po podróży w nowe miejsce, po stresie, zmianie „klimatu”, otoczenia, wszystkiego… Może po prostu za dużo było nieznanych, stresujących okoliczności na raz, i w sumie dało to taki opłakany efekt, bo biedna stara szczurzyca była przekonana, że wali się jej cały pokręcony świat. Ale wzmożona opieka, plus odpowiednie medykamenty i cierpliwość, cierpliwość i cierpliwość, w dokarmianiu, w doglądaniu, we wszystkim, wróciły Tysię po raz kolejny do świata żywych i zadowolonych z życia, ludzi i szczurów. Tysia jest szczurem X-menem. Pracujemy oczywiście wciąż nad jej masą, bo najwyraźniej lubi być chuda, za to ja wolę ją jako hipcia. Jest stabilna, jak to się enigmatycznie mówi, jak na swe lata i przejścia aktywna, towarzyska i apetyt jej dopisuje. Kolejne zwycięstwo, oszukać przeznaczenie 10!

I tak właśnie upływają psie i szczurze (i moje) dni w czasie letnim. Tak sobie myślę, że to musi być dla nich, tych wszystkich cudownych istot z-trochę-innego-świata, naprawdę ciężka praca, te wszystkie codzienne wyzwania. A do tego jeszcze okazjonalne wylegiwanie się przed kominkiem.

Pali się. Nie kalosz.

Pali się. Nie kalosz.