Szczurze sprawy mają tendencję do komplikacji, zawikłań i powikłań, zupełnie jak i człowiecze.
Czasem mam wrażenie, że ze szczurami po prostu nie da się łatwo – trzeba na skos, pod górę, na opak i byle nie było zbyt prosto.

Dlatego też właśnie, niby to przypadkiem i w spontanicznym odruchu serca, umyśliłam sobie, że lek na samotność dla Tysi znajdę… w Toruniu.

I jak pomyślałam, tak zrobiłam. Właśnie tam znajdowały się wymarzone, malusie, puchate, niewinne szczuraski do adopcji (pamiętam jak zarzekałam się i upierałam, że chce tylko używane szczury, żadnego drobiazgu… ale za wiele dobrego mi z tego nie wyszło, przynajmniej dla Tysi).

Przez chwilę zawahałam się.

Czy chcę 2 czy 3.

Za sprawą nie-mojego głosu rozsądku, czy też różnej natury (nawet uzasadnionych) obiekcji stanęło na 2 dziewojach.

A do tego miały duży potencjał na bycie łysolkami! Jak Tysia. No marzenie.

Trochę problematyczny był ten Toruń, to fakt. Umówiliśmy się z wydającą do adopcji, że zwracamy za przejazd (maluchy miały do nas dotrzeć z pomocą Polskiego Busa…) itd. Potem na drodze do szczurzego szczęścia stanął zaplanowany nieco wcześniej wypad w góry. Ale ułożyło się jakoś tak szczęśliwie (powiedzmy), że szczurki mogły się do nas teleportować jak raz w dniu naszego powrotu.

I tak też się dziwacznie i nieco jak zwykle pokrętnie stało. Na łeb na szyję gnaliśmy z T. (w gruncie rzeczy o ile ja to lubię wpaść na amen i już na wieki w jakiś temat, on uwielbia z kolei takie nietypowe przygody, a potem wraca do normy swojego standardowego życia) prosto z dworca centralnego, z ogromnymi plecakami, w których była około tona bagażu oraz 2 smutne kanapki, żeby odebrać biedne, wymęczone podróżą i zakitrane w transporterku maluchy.

Były takie MALEŃKIE. A miały już mniej więcej 7 tygodni. Och, ach, och. Naprawdę rozczulałam się. Ale ile bym im setek ostrych zdjęć nie robiła (co właściwie w ogóle było dość niewykonalne – kolejną cechą szczurzych dzieci jest przyspieszenie równe prędkości światła podzielonej przez dwa) nie oddawały one ani bezmiaru słodyczy, ani ich potężnej wielkości.

Tak oto 13 czerwca Tysia ponownie została zaszczurzona. No prawie, bo dzieciaki zabunkrowaliśmy w maleńkiej klatce transportowo-kiszonkowej, celem kwarantanny i przystosowania dużej klatki na nowych, małych mieszkańców. I jak tu nie lubić trzynastki? To absolutnie szczęśliwa liczba, gorąco polecam skreślanie jej np w zakładach lotto.

Za długo w tej całej kwarantanie i w ogóle nie wytrwaliśmy. Wszyscy wyciągali łapy do tych mikrusów, więc macania miały co niemiara od pierwszych chwil swojego nowego życia.

Tyś oczywiście natychmiast wyczuła intruza, na długo przed prawidłowym zapoznaniem się. Szczurze smrody mają wybitne właściwości przewodnictwa informacji. Tak nawiasem mówiąc, gdy już wracaliśmy z dworca z przechwyconym skarbem (tramwajem…) miałam takie delikatne obawy, że zaraz nas ktoś łagodnie lub nie, wydali ze środka (zbiorowego) transportu. Tak dokładnie dziewczynki przesikały wszystko wszyściutko w tym nieszczęsnym transporterku podczas niekrótkiej podróży z Torunia, że klepało od nas nie gorzej niż w zapomnianym przejściu podziemnym, albo bardzo samotnej i niezbyt często odwiedzanej (przez ludzi) wilgotnej piwnicy.

Po całym początkowym zamieszaniu, może i szybciej niż to według rozsądku powinno nastąpić, nastał czas wieczorków zapoznawczych.

Co mnie najbardziej rozbawiło? Ano wiadomo, że jak zwykle wahania Tysi i jej postawa niegodna szczurzycy, która kiedyś była alfą. „I chciałabym, i boję się”. Spieralała niezgorzej przed tymi pchłami, jakby miały ją za moment zamordować z zimną krwią… A tymczasem one, jak to maluszki, były ciekawskie ponad miarę i tak niemiłosiernie garnęły się do naszej zdegenerowanej staruszki, że naprawdę cieszyłam się, że ściągnęłam „minimum” dwa, to przynajmniej chwilami dawały jej spokój. Agresji zero. Miło było patrzeć na te przedstawienia. Tysia przez jakiś czas była w głębokim szoku, ale dość szybko pokapowała się, że nowe kluski nie stanowią dla niej zagrożenia (a nawet nie zabierają jedzenia!) i zaczęły się nieśmiałe sceny miłości… Najpierw przestała je odpychać, potem coraz chętniej pozwalała się im wściskać pod swój brzuch, i nareszcie, w końcu zaczęło się wspólne spanie… Tulanie w hamaku. W kompozycjach różnych. Czasem naleśnik, 3 szczury ściśnięte obok siebie. Czasem piętrowa kanapka, czy szczurzy kłębek. Formacji jest wiele i hamakowych, i koszykowych, zwłaszcza że młode czasem lubią pospać sobie…na pleckach. Są zupełnie jak te szczury ze śmiesznych obrazków, a Tysia ma używanie, bo kładzie się na takiej delikwentce jak na kanapie i ją zgniata.

Jeśli dobrze się przyjrzycie ujrzycie różowy nosek pod czarno różowym szczurzym noskiem. Przytuleniowe początki :)

Jeśli dobrze się przyjrzycie ujrzycie różowy nosek pod czarno różowym szczurzym noskiem. Przytuleniowe początki 🙂

Zatem reasumując. Udało się! Może Tysia wciąż nie należy do okazów zdrowia, może ma lepsze i gorsze chwile, bierze mniej lub więcej leków, ale przynajmniej wyleczyliśmy samotność… Szczurze marzenia czasem się spełniają.

Czy o czymś zapomniałam?

Jakoś tak niepostrzeżenie pominęłam kwestie imion naszych najnowszych domowników…

Otóż, już pierwszego dnia obmyśliłam ten temat zupełnie zgrabnie.

Ten oto osobnik zowie się Helgą:

Helga. Mocno stroniący od aparatu, przepiękny stwór :)

Helga. Mocno stroniący od aparatu, przepiękny stwór 🙂

Szczury w szczurzych fawelach. Znajdź co najmniej 2 szczury na obrazku.

Szczury w szczurzych fawelach. Znajdź co najmniej 2 szczury na obrazku.

A ten, Piptolem (tak tak, jest to zupełnie stuprocentowo poważne imię):

Dla porównania w dolnym prawym rogu pozuje pokrywka od małego słoika a pośrodku kadru, obok Piptola, zakazany szczurzy drops 😉

Serduszkowy Piptol <3 Drugoplanowo oczywiście, kto? Kostek :)

Serduszkowy Piptol <3
Drugoplanowo oczywiście, kto? Kostek 🙂

Piptol

Piptol (prócz za młodu łysej głowy, białego serduszka na podwoziu <3 różnicujemy Piptola od Helgi na podstawie białej/różowej końcówki ogonka)

A jakie były i są Torunianki?

Przede wszystkim, jak już zostało powiedziane, były maciupkie. Do tego ozdobione rzadkim, bardziej czarnym niż szarym, mięciutkim futerkiem. A do tego Piptol miała łysą głowę, serio! Dawało to nadzieję, na większe niż mniejsze wyłysienie. Na razie przepowiednie nie sprawdziły się…

Helga była ostrożniejsza i mniej ufna. Na początku to zbagatelizowaliśmy, a już wtedy pod pozorem „cichej myszki”, która zahukana będzie kryła się gdzieś w kącie, krył się mały eksplorator uwielbiający podróże… Pierwszego dnia, podczas macanek czmychnęła za szafę i wcale niełatwo było ją stamtąd wywabić.

Piptol natomiast od zarania swych dziejów była przyjacielem wszystkiego i wszystkich. Wystarczyło wyciągnąć rękę w jej stronę i zaraz pojawiał się na niej łysogłowy szczur. Uwielbiała (i tak pozostało) ugniatanie, głaskanie i wszelkie tarmoszenie, a póki była mikra zamykałam ją całą w swojej dłoni, oczywiście ku jej aprobacie.

Zamknięty Piptol

Zamknięty Piptol

Naprawdę wiele radości potrafią dać szczury nie tylko szczurom, ale i ludziom.

Kiedy tak patrzę już z delikatnej perspektywy czasu na aktualnie puchate i ogromne (troszkę przesadzam) Piptola i Helgę, dziwię się jak mogłyśmy mieć z Tysią znów takie szczęście. Opłacało się to szczęście, które miało być super hiper łyse i egzotyczne, zaimportować aż z Torunia (chociaż teraz wygląda ono podwójnie jak szczur śniady czy tam wędrowny z uszami trochę dumbo). Nie wiem kto zamieszał w garze z przeznaczeniem tak łaskawie, ale dostaliśmy najłagodniejsze, najbardziej przytulaśne, najkochańsze i najzabawniejsze szczury na świecie. Tyśka w ich wieku, to szczerze mówiąc była wredną małpą, która sprzedawała dziaby, kiedy nie miała akurat ochoty na pieszczoty – to dopiero choroba pomieszała jej w głowie i złagodziła obyczaje. Obecnie oczywiście jest uzależniona od człowieka, a raz czy dwa dziennie dostaję od niej buziaka w ucho,w podzięce za zupę z witaminami, lecz ku mojej rozpaczy raczej nigdy nie da się ugniatać jak Piptol, twierdzi że na to ma w sobie zbyt wiele klasy (co nie przeszkadza jej wcale rzucać w nas niechcianymi warzywami).

Nauczyłam się też, że chociaż dwa szczury są całkiem spoko i nikogo nigdy nie będę ganić, za bycie pod czujnymi oczami takiej właśnie liczby zwierząt, to szczęśliwe, zgrane i pełne stado zaczyna się od sztuk trzech. Delikatnie proponuję też wszystkim w tym momencie przez sekundę zastanowić się i poszukać w tej kwestii analogi do świata człowieczego 😉

Zawsze jest się z kim pokłócić, do kogo przytulić, komu zabrać lub z kim podzielić jedzeniem. Nie wiem, czy moje szczury do końca rozumieją pojęcie hierarchii, bo nie jestem w stanie pojąc czemu w takim razie pozycje alfy miałyby zostawić pokręconej, starej Tysi? Chyba, że na obraz i podobieństwo szamana, kwiatu starszyzny wioski, kiwającego się w otumanieniu narkotykowym nad ogniskiem. No w każdym bądź razie wszystkie są wobec siebie opiekuńcze, czułe a czasem nawet zważają na swoje wzajemne potrzeby 😉

Urosły nieco toruńskie panny, prawda?

Urosły nieco toruńskie panny, prawda?

I to jest piękne.