Co to się działo ostatnio?

A tak, mieliśmy całkiem niemały problem psychologiczno-społeczny w zwierzyńcu. W naszym szczurzym mikro-stadzie doszło do zaniku (pozytywnych) więzi, eskalacji negatywnych emocji i rozkwitu toksycznych relacji (stanowisko Cotton: przyjdź tu-to cię pobiję, stanowisko Tysi: idę- bijesz?), co w praktyce przełożyło się na podupadnięcie (kolejne) fizyczne Tysi. Oraz na nieoczekiwaną sytuację, gdy to dwa (początkowo) dość przyjazne wobec siebie szczury zostały skazane na samotność, jeden obok drugiego, separacja to mało powiedziane.

Coś ewidentnie musiałam zrobić nie tak, lecz ile by się nie bić w piersi, to najbardziej doskwierała mi świadomość, że nie dość że Tyśka żyła i żyje jak ta ostatnia sierota, pozbawiona szczurów jak ludzki organizm wszystkich kończyn, to jeszcze „niechcący” wkręciłam w to Cottona… Serio, lubię bawełnę. Moja rodzina, niesłusznie, nie podzielała tej sympatii, z wielkiego sentymentu do Tyśki, ale mnie biały szczur nie raz nie dwa, rozczulił, choć i dziaby oberwałam. Niektóre z powodów mej przychylności były co nieco płytkie, ale wydawała mi się dość egzotyczna, ze swoim delikatnym, przerzedzonym i gdzieniegdzie falującym futerkiem (rex? nie rex? szczerze mówiąc słabo znam się na odmianach szczurzych futer – no fuzza czy double rexa prawdopodobnie rozpoznam, szczurzych uszu – zorientuje się, że mam przed sobą dumbo, itepe – ale to oczywiście tylko dlatego, że nie jestem rasistką), malinowymi oczami i umaszczeniem „w typie syjam”.

Czułam się więc podle, że przez mój niefrasobliwy pomysł, Cotton, która miała swe stado, nagle została sama, a nawet gorzej – została obarczona niechcianych towarzystwem, w pewnym momencie znienawidzonego już, pokręconego i chorego szczura. Co jak nietrudno się domyślić nie łagodziło bólu sieroctwa. Nawet pokuszę się o (nad)interpretację, że niemiłe Kotonkowi wydarzenia zadziałały jak swoistego rodzaju aktywator zachowań co najmniej niepożądanych, grzebiąc żywcem najróżniejsze pozytywne cechy.

Niemniej jednak wciąż bardziej naglącym był przypadek marniejącej Tysi. Tyle co się dziewczyna leków (oraz rozczarowań i strachu) najadła podczas wszystkich swoich perypetii, to i wrogowi nie życzę.

Potrwaliśmy w takim, bądź co bądź, zawieszeniu przez jakiś czas. Zwaśnione damy spotykały się niekiedy na wybiegu, o ile Tysia ze strachu nie zaszyła się w cichym kącie by popadać w auto-destruktywny marazm. Choć z grubsza na „wolności” bezproblemowo totalnie się ignorowały. Było kilka przykrych incydentów, głownie podczas spotkań przez kraty. Koton, nie przymierzając, zachowywała się wówczas mniej więcej jak wyjątkowo niebezpieczny więzień wyjątkowo niezadowolony z odwiedzin niegdyś ukochanej małżonki… Boksowała i rzucała się do krat jak opętana, a wystarczyło do tego tylko zbliżenie np pyszczka Tysi do bariery „od tej drugiej strony”. Dziwaczne. Całkowicie ukróciliśmy możliwość zachodzenia takich sytuacji, kiedy Cotton wciągnęła łapkę Tysi przez kratę i skaleczyła ją w palce… Przysięgam, że byłam przekonana, że coś jej odgryzła. Ale wszystkie paluszki były na miejscu.

W końcu zdecydowałam się, że tak brzydko powiem, na „wystawienie” Cotton do adopcji… Nawet w chwilach gniewu nie chciałam, żeby była skazana na osamotnienie choćby i w największej klatce z tysiącem hamaków i koszyczków (kocha koszyczki, a konkretniej wciskać tam tłuściutki tyłek).Tym razem zastosowałam inną taktykę – sama znalazłam adoptującego o odpowiednim profilu psychologicznym, tzn poszukującego właśnie takiego szczura jak Cotton. Pani, która „wpadła mi w oko” miała już dwie swoje szczurzyce, a wśród nich dzielną ogromna alfę-przytulaka. Druga panna prezentowała się nieco gorzej. Oczywiście nie dla mnie. Gorzej dla samej siebie – bo sporo już przeszła, operacje, była też przysadkowcem (guz przysadki = stale na lekach) i inne takie historie. Na tym etapie analizy nowego domu, choć miał super doświadczenie i w ogóle, zawahałam się. Po prostu bałam się, że Cotton będzie chciała nie raz nie dwa spuścić wpierdziel kolejnemu słabeuszowi…

W końcu jednak, mimo wszystko, zdecydowaliśmy się. Żadne „wady fabryczne”, przywary ale i zalety zwierząt, które niebawem miały zamieszkać razem jako stado, nie zostały ukryte. Zatem obie strony adopcji były świadome różnorodnych wersji (możliwych) efektów końcowych socjalizacji szczurów oczekujących z przybywającym Kotonem.

Gdy już wywoziliśmy Cotton do lasu, by zamieszkała tam sobie spokojnie w podwarszawskiej miejscowości naszym największym zmartwieniem był upał. Jako niezbyt można klasa robotniczo-urzędnicza nie zawsze przemieszczamy się we wszechstronnie klimatyzowanym świecie…

Na szczęście Cotton dzielnie podróżowała w transporterku (odmawiając niestety przyjmowania płynów), wyglądając z niego co jakiś czas przyjaźnie i wydawała się być absolutnie spacyfikowana. Zresztą. Poza klatką nie bywała raczej tak buńczuczna, by lecieć z siekaczami ku miękkim, nieosłoniętym częściom człowieczego ciała. Zrobiło mi się zupełnie na poważnie smutno, że czeka nas rychłe rozstanie.

Cotton w podróży

Cotton przyczajona w podróży

Cotton w podróży

U kresu naszej podróży zostaliśmy przyjęci bardzo miło, a najcieplej wspominam koktajl truskawkowy.

Wymieniliśmy się podpisami na umowie adopcyjnej, doświadczeniami, i ogólnie ucięliśmy sobie obszerną pogawędkę, w międzyczasie zachwycając się szczurzycami rezydentkami (alfa to kawał szczura, ok 600g!) i klatką DOMINATOR 5000X przygotowaną specjalnie dla Cottonka, zanim połączy się z resztą stada. W ostatniej chwili przypomnieliśmy sobie o pozostawieniu w nowym miejscu zasikanych szmatek Koton, co by czuła się swojsko.

Streszczając się, po prostu nie mieliśmy żadnych zastrzeżeń. Ale uściślając, aby nie pojawiły się wątpliwości, zaimponowało mi jedynie to, że pani A. zależało na zwierzętach, i wiele tam było dla zwierząt, a przede wszystkim serca 😉

I wiecie co? Nie pomyliłam się. Ufff!!!

I Kotonkowi jest w nowym domu naprawdę super. Niecały tydzień trwała socjalizacja, i to tylko ze względu na wzmożoną ostrożność, bo obyło się bez krwawych starć. A właściwie bez starć w ogóle. Żadne z członków stada nie zostało odrzucone czy pokrzywdzone w inny sposób. Mam całą masę zdjęć przedstawiających bawełnę w doborowym i miłym sobie towarzystwie.

Chociażby:

Jedno z pierwszych ujęć, same początki znajomości. O czarno-białą kapturkę się troszkę martwiłam, niepotrzebnie.

Jedno z pierwszych ujęć, same początki znajomości. O czarno-białą kapturkę się troszkę martwiłam, niepotrzebnie.

Odsypianie po stresach, zasikane szmatki są.

Odsypianie po stresach, zasikane szmatki są.

Alfa - łagodny olbrzym.

Alfa – łagodny olbrzym.

To takie moje wybrane z tych (wielu) ulubionych.

A co z Tysią? A no Tysią przeżyła już tyle, więc i Kotonowe zawirowania nie zmiotły jej z powierzchni ziemi. Kolejna kuracja, dopasanie i odpasanie, antybiotyki… Duch trochę w niej podupadł, długo jeszcze potem borykaliśmy się chociażby z jej niechęcią do pokarmów stałych i innymi dziwactwami.

Wydawało nam się to nieco pokręcone, ale po wyjeździe Koton, a ciągnęło się to z tydzień, Tysia była wciąż mocno pobudzona, szalała po wybiegu sama, lecz wyglądało to trochę tak jakby szukała gdzie też się ukrył ten złośliwy biały szczur… A potem nagle przyszedł ogromny kryzys, załamanie, nie wiem – depresja? Choć i tak przed uświadomieniem sobie, że znowu jest sama jako jeden jedyny szczur na świecie a Cotton nie ukrywa się przed nią, a po prostu zniknęła, jej stan pozostawiał wiele do życzenia… Nie ma lekko. Cykliczność szczurzej (Tysiej…) rzeczywistości.

Nie zamierzałam jednak zostawić tak sprawy Tysi. To wciąż był godny pożałowania stan permanentnej samotności. A taką szkodliwą samotność należy bezlitośnie zwalczać. Ku utrapieniu otoczenia nie poddaję się łatwo 😉 dla mnie ta walka wciąż trwała.