Pewnego razu, gdy już machina adopcyjna została wprawiona w ruch, zdarzył się mały cud.
„Złe” (piszę to ironicznie) szczury wybiegowały, Tysia wydała polecenie „nieś mnie, Golemie, nieś, w szeroki świat” więc podróżowała na moim ramieniu. I tak sobie przysiadłam na chwilę, by popatrzeć na złośnice hasające akurat po kanapie (eko skóra jest dobrze zmywalnym materiałem, nie ulega łatwo presji zanieczyszczeń, pomijając już dodatkowe zabezpieczenia tzw szmatą), a Tysia miast przyczaić się bezpieczne gdzieś w zagłębieniu szyi, zaczęła pewnie zbiegać w stronę stadka. Nie chciałam zbyt nerwowo ingerować w ich zachowanie ani siłą zatrzymywać Tysi, więc w wielkim napięciu zanim się zetknęły chwyciłam rękawice (tak tak, na szczurzym stanowisku były specjalnie wybrane, grube, skórzane rękawice ochronne, chyba domyślacie się już po co) i pomyślałam, że będę interweniować w razie najwyższej konieczności (niełatwe zadanie, bo byłam już przewrażliwiona na potencjalną krzywdę Tysi).

A tu niespodzianka. Gdybym już nie siedziała, to przysiadłabym z wrażenia. Zamiast się pomordować w jednym, dzikim kłębie, wszystkie CZTERY szczurzyce zaczęły radośnie biegać, obwąchiwać się, obskakiwać sobie tyłki i pokojowo deptać po sobie. Gdzie krew i rozpaczliwe piski. Nawet alfa była wielce łaskawa i życzliwie zainteresowana łysicą.

Pokojowe szczury

Pokojowe szczury

Co gorsza, nieopodal stała tymczasowa klatka trzech szczurzyc. I zdecydowanie nie był to w całości, z klatką czy bez, teren neutralny. A mimo tego i klatkę odwiedzały (wszystkie) bez żadnych spięć… I na co całe te nauki o neutralu, olejkach szprotowych, waniliowych, albo chociaż owocowych by zamaskować zapach szczura obcy dla drugiego szczura…. Prędzej niż później zorientowałam się, że z pomocą nam przyszły chyba hormony, bo wszystkie dziewczyny zachowywały się typowo rujkowo, a żadna nie była kastrowana (sterylizowana*). Ach te baby.

Rujkowo...

Rujkowo…

I tak idylla ta trwała ok 3h. Spać poszły osobno, wydawało mi się to mimo wszystko rozsądne.

I przyznam, że wobec nieoczekiwanych wydarzeń zawahałam się mocno nad ewentualnymi adopcjami. A gdyby tak wszystkie cztery się pokochały? Ileż to byłoby szczurzej radości! Przyznam, że wielką przyjemność sprawiało mi patrzenie jak Tysia biega sobie i gada z innymi szczurami.

Rano zrobiliśmy powtórkę z rozgrywki. I wyglądało to naprawdę całkiem fajnie. Może nie tak przyjaźnie i dynamicznie jak wieczorem, ale nie było się do czego przyczepić. Po jakimś czasie, gdy widziałam, że Tysia jest już zmęczona „odprowadziłam” ją do jej hamaczka w klatce.

Jeszcze przez jakiś czas dalej wszystko było w porządku. I może trochę straciłam przez to czujność.

Najwidoczniej jednak szczurzyce w końcu zaczęły się nudzić. Mokka jako najodważniejsza opuściła kanapę (chyżym skokiem) i błyskawicznie znalazła się w (niezamkniętej, przyznam) klatce Tysi. Wspinaczka dla szczura to pestka.

To była szybka akcja. Mokka dopadła zasiedlonego już hamaczka i po prostu… Pobiła Tysię. Proste? Jak drut, nie potrzeba tu zbędnych ceregieli. Kobiety to takie konkretne istoty.

Rozdzieliłam je bardzo szybko, nawet nie ucierpiałam. Ale widok był nieciekawy.

Ranny szczur

Ranny szczur

Ręce mi opadły. Szczury trzy zamknęłam w ich klatce, zajęłam się Tysią. Była dość mocno przerażona, choć przyznać trzeba, że hamaczka bronila dzielnie i heroicznie, stosując taktykę biernego oporu, co (biorąc pod uwagę różne kategorie wagowe szczurząt bitewnych, które stoczyły „walkę”) wymagało nie byle jakiej odwagi. Mokka rzecz jasna nie ucierpiała wcale.

I tak to właśnie jest, ze szczurami. I z ludźmi dokładnie tak samo.

Wtedy zapadła decyzja, że Viki (choć niewiele narozrabiała) i Mokka, jako zżyta para pójdą do adopcji razem (zresztą nigdy nie planowałam rozdzielania ich).

Chciałam, żeby trafiły jak najlepiej, do domu na 5 z plusem, wiec nawet pozwoliłam sobie na wybrzydzanie wśród potencjalnych adoptujących. Ku mojemu zdziwieniu, zainteresowanie dziewczynami wcale nie było małe. Najwidoczniej o wiele łatwiej jest wyadoptować szczura niż psa 😉

Oczywiście nie każdy zgadza się (umie…) wypełnić ankietę nie mówiąc już o entuzjazmie co do umowy adopcyjnej. Czasem ludziom takie procedury wydają się dziwaczne i niezrozumiałe a co ważniejsze, absolutnie niepotrzebne, ale to już jest temat na inną pisaninę.

Niemniej, w końcu udało się. A Vika i Mokka (nieoczekiwanie) zawędrowały aż nad morze. Nie było tu żadnych humanitarnych wysyłek, zainteresowana osoba zgłosiła się osobiście, podróż do nowego domu szczurzyce odbyły razem z nowym opiekunem.

I tak sobie już tam mieszkają jakiś czas szczęśliwie i bez komplikacji.

Nadmorskie szczury. Już w swym nowym domu. Tak, jedzą nielegalny serek.

Nadmorskie szczury. Już w swym nowym domu. Tak, jedzą nielegalny serek.

Wydawać by się mogło, że w ten, wcale nie najgorszy i niezbyt smutny sposób, zakończą się przygody niepokornych szczurów. Nikt nie jest sam, Vika została z Mokką, Tysia „dostała” Cotton (biała w końcu najzwyczajniej w świecie wprowadziła się po prostu do dużej klatki).

A tymczasem rany goją się (wciąż) jak na szczurze.

A tymczasem rany goją się (wciąż) jak na szczurze.

I nawet tak to mniej więcej przez jakiś czas było. Niestety musiałam schować do kieszeni swoje marzenia o wielkiej miłości mantykory i bawełny**, przytulaniu w hamaczkach iskaniu i takich tam cudach. Nie było w tej relacji zbyt wiele czułości i zaangażowania. Przez pierwszy tydzień po wyjeździe Mokki i Viki, stacjonarne dziewczyny jeszcze biegały razem, używając (raczej nocą) życia na osławionej kanapie. Stopniowo ich zainteresowanie bliższymi relacjami raczej malało niż rosło, a i wspólne aktywności wygasały. Jedna spała w hamaku, druga w koszyku, jedna buszowała na górze klatki, druga na dole itd. Po jakimś czasie Cotton zaczęła też odpychać i szturchać Tysię, pojawiały się mniejsze i większe zadrapania (na Tysi) oraz piski. Dobrze, mówiłam sobie, nawet w tak małym stadzie hierarchia musi się ustalić, nie ma co panikować. Tak głosiły szczurze encyklopedie. Tysia potrafiła przygnieść Cotton do koszyczka, czy innej powierzchni płaskiej, nie dawała wyrzucić się z hamaka, ale nie używała zębów i pazurów w ogóle (dziwiło mnie to bardzo, wszakże posiadała sprawne oba te narzędzia mordu). Sytuacja przedstawiała się nie tak kolorowo jak marzyłam, ale była raczej stabilna.

W związku z ustabilizowaniem „szczurzych spraw”, nieodpowiedzialnie pozwoliłam sobie wyjechać na aż cztery dni. W tym czasie zwierzyńcem (muszę przyznać, dość sprawnie i z pełnym oddaniem) opiekowała się moja mama. Oczywiście telefonicznie dostawałam sygnały, że Cotton dokucza Tysi, gryzie ją w hamaczku, zabiera jedzonko i rządzi się. Szczerze mówiąc myślałam, że jest jak zwykle – średnio, ale bez dramatu. Wiecie, czasem w ludzkich skupiskach też zdarza się, że jakiś sąsiad jest dość upierdliwy i gderliwy, wszyscy mają go dosyć, ale parę razy już okazało się, że jednak ma dobre serduszko, więc gdyby go zabrakło, wszystkim byłoby smutno.

Ale kiedy wróciłam, okazało się, że jest już gorzej. Tysia nie wyglądała dobrze… miała wygryzioną pokaźną dziurę przy ogonku, podrapany pyszczek. Była zdenerwowana i dokuczały jej ataki duszności. Standardowo schudła. Błędne koło, pomyślałam.

Cotton rzeczywiście rzucała się na nią przy byle okazji. Toczyły się rozgrywki o hamaczek. Też sobie znalazły powód. Poważnie zastanawiałam się, czy i tym razem Tysi uda się wyzdrowieć i dojść do siebie. Plułam sobie w brodę co też najlepszego narobiłam chcąc ją uszczęśliwić, trochę na siłę, towarzystwem innych szczurów.

W końcu zabrałam hamaczek a Cotton zajęła sama wielką klatkę… Zdawała się nie rozumieć, że samotny szczur jest nieszczęśliwy, i że przynajmniej na razie jedyną jej szansą na relacje z innym szczurem jest Tysia (która w pewnym sensie została po prostu wyrzucona ze swojego domku, co rozdzierało mi serce).

Przez chwilę nie bardzo miałam możliwość dobrego rozdzielenia szczurzyc (zapasowa klatka pojechała nad morze), dysponowałam tylko chorobówką/klatką wybiegową – malutkie toto, ale wystarczające by się tam załatwić, kimnąć (koszyki) czy coś przekąsić. Zawiesiłam upragniony hamaczek Tysi właściwie na klatce, myśląc że na te dwa czy trzy dni, to je zadowoli, zanim wymyślę coś nowego. Stara szczurzyca mogła biegać do woli, miała gdzie spać, mnóstwo smakołyków i hamak, a młodsza ogromną klatkę poza czasem wybiegów zamkniętą. Pomyliłam się jednak. Chociaż Tysia była wtedy w nie najlepszym stanie, pewnego poranka znalazłam ją na dachu dużej, zamkniętej klatki skrywającej Cotton… Niezły dystans musiała pokonać gdy nie patrzyłam, a wiedziałam też, jak bardzo nie lubi biegać po podłodze, dla niej zawsze im wyżej tym lepiej.

Spasowałam i przez dwa dni Cotton zamykałam na noc w malutkiej klatce. Inaczej nie mogłam ich upilnować, w nocy mają wzmożoną aktywność, ja nie bardzo. Zamienne mogłabym zamykać w tej klitce Tysię. Ale, być może irracjonalnie, wydawało mi się to przesytem krzywdy przypadającej na jednego szczura…

Na szczęście taka sytuacja nie trwała długo. Dostaliśmy w prezencie dodatkową klatkę od bardzo proszczurzej ale i bardzo wyrozumiałej i ludzkiej dziewczyny. Patologia zmniejszyła się, Cotton mogła władać pałacem, Tysia mniejszą klatką (ale już bliżej normy), przystosowaną do szczurów starszych i co ważniejsze, zawierającą hamak.

Tak bardzo samotny hamak

Tak bardzo samotny hamak

W ten sposób osiągnęłam, nieplanowaną, i trochę dziwaczną sytuację, kiedy to owszem, „dysponuję” dwoma szczurami, tej samej płci, ale choć są dość blisko siebie, to każda z osobna samotna.

* Sterylizacja i kastracja – terminy wokół, których toczą się wojny merytoryczne. Wiadomo, efektem końcowym, sterylizacji (kojarzonej – nie do końca poprawnie- przede wszystkim z kobietami/szerzej: samicami) czy też kastracji (kojarzonej – nie do końca poprawnie- przede wszystkim z mężczyznami/szerzej: samcami) ma być niepłodność, a więc niezdolność do wydania na świat/spłodzenia potomstwa. Otóż można sterylizować („unieczynnić”) samców (np. wazektomia – często zabieg z szansą na odwracalność jego efektów) i kastrować samice (histerektomia – po ludzku usunięcie macicy wraz z jajnikami i tak dalej, co na logikę, wyłączając cuda i eksperymenty – może transplantacja?- jest dość mocno nieodwracalne). Zwijcie jak chcecie, zwyczajowo, obyczajowo, zważając na aspekty medyczne czy filozofując (kastracja jest sterylizacją, ale nie każda sterylizacja kastracją, kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt kwadratem…). Byle by (najlepiej) wszyscy byli świadomi o co tu chodzi 🙂

** Drugie dno imion: Cotton – no to jasne że bawełna, ciężko się upierać w niewiedzy, nawet jeśli ktoś totalnie nie anglojęzyczny, to z pewnością nie raz nie dwa, znalazł to słowo gdzieś na gaciach chociażby, albo przyzwoicie na metce ręcznika czy co. A teraz trudniej – Mantykora czy też Mantikora (zagadka prawie!) – mityczna istota, cudna hybryda, lwo-skorpion (z kolcem jadowym!) ze skrzydłami i tym podobnymi bajerami. Ale dlaczego Tysia. Ano bo lubimy czytać różnie i imię to jest żywcem ściągnięte ze stron powieści „Zawód Wiedźma”, na kartach tej książki przewinęła się urocza Mantikora Tyśka, a że nasz szczur też jest kosmitą jakby (nie zaprzeczycie chyba) to pieszczotliwie zowie się Tysią. Jako ciekawostkę dodam, że Olga Gromyko (autorka wiedźmy) skrobnęła co nieco i o szczurach: Sczurynki. Szczurzy żywot w opowiastkach i obrazkach. Koniecznie muszę przeczytać.

 

Dalszy ciąg dalszy nastąpi 😉