Naprawdę uwielbiam wszystkie zwierzęta. Czasem fotografuje nawet „robale” na szybie w autobusie. Urzeka mnie pełna powagi beztroska motyli (szkodników też) i żołnierski krok żuka. Lubię spojrzeć w błękitne oczy kawki, żeby rozmarzyć się o czym to pomyślała,  i śledzić wronę dewastującą kolejny miejski śmietnik. Ciężko, a nawet niemożliwie mi, obojętnie minąć kota. Przechodząc obok psa czuję „to coś”, magnetyzm i przyciąganie, a gdy jestem blisko swoich psów przepełnia mnie oddanie, czułość i świadomość takiej więzi, która daje więcej wolności, niż niewoli. I nawet się tego nie wstydzę. A nawet dobrze mi z tym. Nie wszyscy wszystko (i naraz) muszą rozumieć 🙂 potępiających gromów się nie spodziewam.

Ale… Mimo całej tej swojej obłędnej fascynacji światem ożywionym spoglądając w stronę szczura czasem (ostatnio może częściej niż kiedyś) czuję prócz zachwytu także lekki niepokój. A dlaczegóż to? A no bo, szczury tak bardzo przypominają mi ludzi. Oczywiście, uprzedzę zdziwienie niektórych, sprostowując: o stokroć są piękniejsze od ludzi w całej krasie swojej naturalności, począwszy od pierwszej łuski (jakże zmyślnie zaprojektowanego!) ogona, kończąc na malutkim (wciąż niestrudzenie węszącym życie) nosku.

Lecz te wszystkie ich wojny i wojenki, niełaska dla słabych, terytorializm, zaborczość, nieufność wobec „obcego”… Zaskakująco bliskie są nam, te niewinne szczury.

Kto czytał, ten wie, jakie ciężkie przeprawy z życiem miała Tysia (kto nie czytał nic prostszego: można doinformować się tu i tu, albo nie przejmować się i iść na żywioł).
Obecnie szczurzyca zadomowiła się już chyba na dobre w naszym pieskonarium. Dostała starą-nową willę. Dużo swobody, wybiegi, koce. Leczenie, dokarmianie, smakołyki, cuda wianki, pieszczoty.
Ale na cóż największe pałace i zbytki, gdy serce samotne i osamotnione? Przysięgam, że gdy spojrzy się w oczy szczura, który (w swoim małym-wielkim mniemaniu) został ostatnim i jedynym szczurem na świecie, bo reszta uległa zagładzie…. Zobaczy się tam bezgraniczną, organiczną i prostą tęsknotę. Za innym osobnikiem. Tego samego gatunku. „Za kimś takim trochę jak ja”.

I czy znów szczur nie jest łudząco podobny do człowieka? Co to najpierw wymorduje współbraci, albo „tylko” udowodni wszystkim, że jest sobie sam sterem, żeglarzem i okrętem (przekonany w wielkiej pysze, że nakarmi swą duszę niezależnością), by potem łkać i miotać się w bólach samotności?

No Tysia, nasza chorowitka, co to wcale do umierania się nie spieszy, akurat nie ma żadnych mordów na koncie, niemniej po odejściu Wiki została sama jak palec…

I tak oto, po ok 3 tyg (kolejnej) rekonwalescencji, i samotności, zaczęła się „zabawa” w poszukiwanie nowej rodziny dla Tysi. „Bo szczur potrzebuje szczura, taka już jego natura”*.

Moje spokojne plany zakładały, że rozwiązaniem akurat i w sam raz byłby jeden nowy szczur żeński, dla naszego jednego starego żeńskiego szczura. Ewentualnie dwa. Nie chciałam młodziaków, wolałam zwierzynę z „recyklingu”, w wieku dorosłym a nawet dojrzałym. Sprawy potoczyły się nieco inaczej i los sprawił, że trafiły do nas szczurzyce aż 3. Co łącznie dawało 4 szczury/dom.

Cotton

Cotton

Vika

Vika

Mokka

Mokka

Nie do końca (wiem) pamiętam, czego się spodziewałam, ale dostałam z pewnością jeszcze coś innego. Łączenie** ze sobą istot tak podobnych do ludzi, w wieku nie-dziecięcym, gdzie każda ma jakiś charakter i historię, może okazać się bolesne. I dokładnie właśnie tak się stało.

Nowe szczurzyce były stadem, zdrowym i silnym, z ustaloną hierarchią i zasadami. Tysia był szczurzym samotnikiem, schorowanym i starszym od przybyszy, złaknionym towarzystwa innych osobników swego gatunku jak kania dżdżu, a jednocześnie istotą paraliżowaną strachem przed tymi właśnie „zbawiennymi” osobnikami. Ot, taki paradoks.

Może przy pierwszym spotkaniu więcej było ciekawości niż strachu, ale sytuacja zmieniała się dość dynamicznie.

W uproszczeniu schemat działań nowych szczurzyc wskazywał na mniej więcej takie myślenie: czujemy nową, większą, super klatkę. Należy nam się! O nie, klatka jest zajęta! Koniecznie musimy pozbyć się gorszego szczura i wywalić go z JEGO mieszkania. Może wystarczy, ze go przestraszymy i trochę pobijemy. Jeśli stanie do walki – eliminacja. Nie chcemy go, nie jest nam potrzebny. I śmierdzi.

Jak ludzie, zupełnie jak ludzie….

Już po 5, może 3,5 minutach pierwszego spotkania Tysia zebrała od szczurzyc, a właściwie alfy (Mokki) tzw wpierdziel…. Ja zawał, Tysia ranna.

No cóż, efektu wow, i natychmiast nie oczekiwaliśmy… Szczurzyce zamieszkały w mniejszej klatce, Tysia w swoim pałacu.

Wiadomo, klatka to nie całe życie szczura (Tysia na ten przykład ma lokal otwarty przez 98% doby). Więc i szczurzyce, złośnice musiały mieć „wybieg” chociaż ze 2h dziennie. Tak wielkie było pragnienie podbijania nowych ziem przez szczury napływowe, że wystarczyła chwila nieuwagi z mojej strony, Mokka desantowała się z wydzielonego wybiegu, biegła chyżo przez pokój i próbowała się WŁAMAĆ do klatki Tysi… Nie wybiegowały razem, bo nie były połączone i istniało wielkie ryzyko unicestwienia słabego szczura….Co gorsza, zdarzyło się, że włam się powiódł, a zanim dokonałam interwencji Tysia zbierała wpierdziel we własnej klatce 🙁

Próbowaliśmy rożnie różniście. Ważny w łączeniu szczurów jest etap przestrzeni neutralnej.
Nieznanej żadnemu ze szczurów, gdzie nie ma jego śladów, sików, zapasów jedzonka itd. Stanęło na wannie wyłożonej świeżo wypranymi kocykami. Generalnie chodzi o to, że teren jest „niczyj” więc nie ma (nie powinno być) do niego roszczeń osobistych, ponieważ jest obcy, to też trochę (lub bardzo) stresuje szczury co podobno może je zbliżyć do siebie (argument stresu zawsze wywołuje we mnie mieszane uczucia. Ale trzeba być twardym, nie miętkim…)

Nic z tego. Konfiguracje były różne. Tysia – Cotton, Tysia -Cotton i Vika, i wszystkie 4 też. Przez większość takich neutralnych wybiegów rzeczywiście nie było wielkiej agresji (do czasu…).

Próba neutralnego, potrójnego spaceru. Zakończył się (niemal) samobójczym skokiem Tysi na krawędź wanny.

Próba neutralnego, potrójnego spaceru. Zakończył się (niemal) samobójczym skokiem Tysi na krawędź wanny.

Ale Tysię ogarniał paraliż, załatwiała się pod siebie (a naprawdę jest wybitnym czyścioszkiem, nie w jej stylu są tzw streskupy, czy sik w losowym miejscu), dostawała hiperwentylacji i rozpłaszczała się na dnie wanny czekając na lepsze czasy.

Tysia z Cottonem. Razem? Raczej osobno.

Tysia z Cottonem. Razem? Raczej osobno.

Ponadto w końcu udało jej się dostać wpierdziel od alfy i parę ciosów od reszty, krew się leje, ja szaleję, szczur rezydent z traumą. Zaczynałam się podłamywać, że to całe łączenie przybrało formę wyjątkowo okrutnych eksperymentów behawioralnych „agresywne zachowania wobec słabych osobników, brutalne życie stadne szczurów”.

Oczywiście na stan ogólny Tysi, jak nietrudno się domyślić, zadziałało to również bardzo źle.

Zaczęła chudnąć, mizernieć i nawet na swoim terenie popadać w apatię. Nie chciała za bardzo korzystać z wybiegu, cała była pogryziona i podrapana… Na szczęście, „goiło się jak na szczurze” (czyli jeszcze lepiej niż na psie). Zrobiła się nerwowa, choć co jakiś czas wciąż wykazywała zainteresowanie nowymi szczurami (niuchała, wyciągała spiczasty ryjek w ich kierunku, gdy podczas wybiegowania intruzów siedziała u mnie na ramieniu), generalnie zdawała sobie sprawę z ich obecności i ciągnęło ją do nich mimo wszystko.

Te kropki na szczurze to prostu pozostałości po jeszcze nie do końca wygojonych ranach. regeneracja błyskawiczna, trzeba przyznać.

Te kropki na szczurze to prostu pozostałości po jeszcze nie do końca wygojonych ranach. regeneracja błyskawiczna, trzeba przyznać.

Najmniej agresji wobec mojego wychuchanego, ukochanego szczura wykazywała Cotton… W swoim stadzie zajmowała najniższą pozycję, dołączyła do niego nieco później i ogólnie lubiła się z resztą ale była tak trochę z boku i miała charakter trzęsidupki. Pomyślałam, że może z nią się uda, że może dogada się z Tysią i oczami wyobraźni już widziałam jak śpią razem przytulone w jednym, ciasnym hamaczku… Krótko: rokowała dobrze, nawet gdy rozważałam wydanie do adopcji przybyłych szczurów, a w chwilach złości wysłanie ich w kosmos (oczywiście nie zrobiłabym tego 😉 ). I żeby nie było, dla jasności: ta Koton, to nie był święty szczur. Chyba już drugiego dnia, gdy próbowałam zaprzyjaźniać ją z Tysią, wydarzyło się coś nie po jej myśli i chciała zaatakować mi łysolkę… A moja prawa ręka znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, choć przyznać trzeba że dzięki temu Tysia wyszła ze sprzeczki bez uszczerbku.

Jucha zalała koc i podłogę. Ale gorzej, że dostałam w większy staw kciuka, bliższy głowie (lub jak kto woli sercu) i po dziś dzień czuję jak mnie tam łupie, i wydaje mi się, że spokojnie z jego pomocą będę mogła „przepowiadać” pogodę. Bo blizna to akurat została naprawdę malusieńka. Za to przez około tydzień sprawność ręki była mocno ograniczona.Także pamiętajcie moi drodzy, że szczur ma naprawdę ostre i sprytne zęby. A człowiek za to ma mniejsze zdolności do gojenia się niż taki szczur. Wszystko zostało dobrze przez naturę obmyślone 😉

Czy ona wygląda jakby kiedykolwiek użyła zębów przeciwko żywej istocie?

Czy ona wygląda jakby kiedykolwiek użyła zębów przeciwko żywej istocie

* „Bo szczur potrzebuje (…)” – zaczerpnięte od prawdziwych szczurofanów. Tzw szczurdolniętych. Nie jam autorem. Przekopcie szczurze fora, a przekonacie się. Nie przeczę, że założenie samo w sobie w pełni logiczne.

** Łączenie –  w skrócie: proces tworzenia/rozszerzania stada poprzez np dołączanie do posiadanego stada/szczura nowych osobników. Trzeba je po prostu przekonać do siebie 😉 Szczegółowo opisane w stu miejscach, klikajcie, dowiadujcie się.


ciąg dalszy nastąpi