Po długiej, a nawet dłuższej niż zwykle przerwie postanowiłam zacząć na smutno.
I nie wiem, co tu będzie smutniejsze, śmierć, czy odpowiedzialność. Oba tematy ciężkie i obarczone ryzykiem.
Niewesołą „bohaterką” przygód zdrowotnych, aktywną uczestniczką zaraz i niedomagań, od dość dawna już była Tysia.

Dla przypomnienia:

IMG_20170227_125016

Oto Tysia. Tutaj już bardzo, aż przesadnie „szczupła”.

A tymczasem w spokoju i w ciszy, bez większych skarg i zwracania uwagi, powoli (jak na szczura, dla nas raczej dość szybko) chorobie oddawała się Wiki. I tak właśnie, w cieniu szczurzycy starszej, mniej odpornej, a może bardziej wyjątkowej, wydając się puchatym okazem zdrowia skończyła jak wiele, naprawdę wiele szczurów domowych – z bardzo szybko rosnącym guzem, który stopniowo zajmował coraz więcej miejsca w jej brzuchu. Ropomacicze akurat zostało wykluczone, ale szczegółowa diagnostyka nie była robiona. Całkiem przypadkiem nieuważne istoty ludzkie wpadły na ten trop… Wiki ni stąd, ni zowąd rozchorowała się jak nie ona – osowiałość, biegunka, brak apetytu itd. I tymi właśnie dziwami zostałam zaalarmowana ja. Niedomaganiom na jakiś czas zaradziliśmy… Ale już wtedy, po dokładniejszym obmacaniu zwierza, można było zorientować się, że coś z jej brzuchem, albo raczej w jej brzuchu jest nie tak.

Z całego katalogu szczurzych chorób strasznych mogła dostać różne losowania: guz przysadki, liczne ropnie (również w narządach), nowotwór trzonu macicy, chłoniak i tak dalej…

I nastąpił tydzień wahań i niepewności. Po tym tygodniu to już każdy nie brzydzący się szczurzej rasy, bez większej wiedzy czy dociekań,  zorientowałby się, że coś z naszą Wiki jest nie tak, i to coś w brzuchu jest naprawdę duże jak na tak mały szczur.

Prawda jest taka, że szanse na cudowne ozdrowienie lub zahamowanie rozwoju choroby wynosiły około -10% – podawanie leków przeciwbólowych, osłonowych na układ pokarmowy itp nie mogło trwać w nieskończoność. Szczur wiele chciał, ale niewiele mógł, słabł i chudł, chociaż apetyt częściowo powrócił i na pierwszy  rzut oka wydawał się „większy” – przez powiększający się brzuch. Wyglądało to źle. I tutaj wyjść było niewiele:

-albo pogłębienie diagnostyki i operacja usunięcia guza (jeśli byłoby to możliwe) tylko u „szczurzych specjalistów” w myśl zasady, że jest to inwazyjne, ale półśrodki na nic się nie zdadzą – lekarze weterynarii nie zajmujący się takim drobiazgiem na co dzień absolutnie nie podejmują się żadnych większych zabiegów na tych zwierzętach, no i dobrze, bo koszty i tak by były, a chociażby szansa na samo wybudzeniem z diagnozy wynosiłaby również -10%

-czekanie, próby uśmierzania bólu z lepszym i gorszym skutkiem, faszerowanie szczura różnymi farmaceutykami i patrzenie na cierpienia ciąg dalszy (próbując ocenić to z punktu widzenia człowieka byłoby to dość przykre – nie lubimy i w większości ciężko znosimy cierpienie, zwłaszcza rozwlekające się,nawet jeśli rozgrywa się ono gdzieś w naszym tle, co nie wynika ze szlachetności, to po prostu sprawia nam dyskomfort psychiczny; z punktu widzenia szczura – jest to co najmniej równie przykre co dla biernych ludzkich obserwatorów, szczury nie są ani w gruncie rzeczy sadystami ani masochistami, chcą żyć, ale nie chcą cierpieć, choć jak przystało na zwierzęta nie obnoszą się ze swoim bólem i dolegliwościami, a wszystkie te składowe są zupełnie naturalne)

-eutanazja- potocznie nazywana „usypianiem” zwierzęcia. To eufemizm stworzony na potrzeby ludzi, żeby nie było im tak bardzo przykro, że współuczestniczą w „uśmiercaniu” przyjaciela, by dogodzić nam estetycznie i zniwelować wątpliwości natury moralnej. Ludzie z zasady nie lubią szorstkiej i brzydkiej prawdy, nie chcemy „brać na klatę” całej odpowiedzialności i świadomości tego, w czym uczestniczymy. I wierzcie lub nie, ale nie jest to złe ani nawet dziwne. Czasem co prawda przybiera to patologiczny obrót, ale w wersji fizjologicznej jest to swoistego rodzaju bezpiecznik, pozwalający nam szybciej się otrząsnąć, odnaleźć spokój itd. Oczywiście jak to w życiu bywa tzw potoczne „przejmowanie się” lub „nie przejmowanie się” czymś (przynajmniej zbyt długo) zostało różnym istotom różnie, nierówno porozdawane. Taka to niesprawiedliwość natury.

Huśtawka i niezdecydowanie (po wstępnym odrzuceniu radykalnego leczenia) przeciągało się.

Jak można sobie wyobrazić, trzecioplanowy w tym wypadku aktor dramatu, Kostek, nie posiadał się z rozpaczy. Bardzo dziwna, wyjątkowa i jeszcze nie do końca przeze mnie zrozumiana jest jego relacja z istotami tak odmiennymi od psiego rodu. Ale dokopałam się do informacji, że, tak z grubsza „ogólnie zdarza się”. Żeby lepiej sobie uzmysłowić w czym rzecz trzeba by oglądać to na żywo – i dziwić się i nie dowierzać jak delikatny jest ten pies wobec szczurów, jak ciekawy co też właśnie robią, wpatrzony w nie (czasem godzinami…), cierpliwy (zdarzało się, że któraś go podgryzła/drapnęła), zafascynowany i oddany (zwłaszcza, kiedy przytrafiają się choroby – mógłby tak bez końca „pilnować” szczurzycy, na „wybiegu”, kanapie, gdziekolwiek i delikatnie lizać ją i za pozwoleniem przytulać się czy też zachęcać do bycia przez nią przytulanym). Był w pełni zorientowany, że coś jest nie tak, bardziej niż zwykle i że tym razem, co szokujące z Wiki a nie Tysią, być może też udzielała mu się nerwowość ludzi.

I kiedy zdecydowałam, że (choć szczurzynka do końca nie była przecież moja) wystarczy już uczestnictwa (przede wszystkim) szczura i nas w tej agonii, zapewniłam Kostkowi i Wiki ostatnią, zabrzmi makabrycznie, randkę… Bardzo był zaaferowany jej stanem, i myślę, że i jej miłe było jego ciepłe towarzystwo. Bo mimo, że jej szczurza towarzyszka nie została od niej oficjalnie odseparowana (nie było ku temu przesłanek), to wydawała się dość samotna i odrzucona. I tak miała „szczęście”- w szczurzym świecie, nawet wykreowanym przez ludzi, tak to już bywa, że gdy jeden szczur jest słaby, chory, albo jakiś nie taki jak trzeba, drugi (czy też reszta stada) stosuje wobec niego ostracyzm społeczny, albo dużą dawkę agresji (czasem dochodzi nawet do zagryzień…) – wszakże ofiara prześladowań jest najsłabszym ogniwem, a słabość, to niestety śmierć. W naszym mikro stadku do niczego takiego nie doszło – Tysia wyglądała na mocno zestresowaną i przestraszoną sytuacją, trzymała się często z daleka od chorej, a Wiki też bardziej niż zwykle stroniła od towarzystwa, obeszło się jednak bez agresji a były i momenty, że okazywały sobie wsparcie.

Kostek szalał już nieco przy przełożeniu szczurki do transporterka. Ciężko raczej wytłumaczyć werbalnie psu co się dzieje, a tym bardziej ideę „niesienia ulgi” (poprzez śmierć, przypominam). Musiał odnaleźć się w sytuacji po swojemu, i z racji nie bycia na szczęście człowiekiem, raczej ją odczuć, niż usłyszeć i zrozumieć racjonalnie.

W lecznicy weterynarz nie poddawał w wątpliwość zasadności dokonania eutanazji wobec Wiki. Dostała środek znieczulający domięśniowo (dość bolesne, ale trwa tylko chwile – pisnęła jeden jedyny raz, ale nawet nie wpadła na to, żeby mnie ugryźć). Potem poczekałam, aż, jak to ujął lekarz „dojrzeje”. Trochę czarny humor, nie. Gdyby weterynarze przejmowali się do szpiku kości każdym takim przypadkiem ich kariera byłaby krótka. Trzeba sobie jakoś radzić ze stresem…

Nie chciałam zostawić Wiki samej na ciąg dalszy, chociaż odpłynęła już, a jak to się mawia „to dość nieprzyjemna sprawa”. Starałam się choć minimalnie zadbać o jej komfort, żeby leżała na czymś miękkim i znanym i inne absurdalne rzeczy, co robiłam prawdopodobnie dla siebie, no ale nie zapominajmy, znieczulona ale wciąż jednak żyła, więc według mnie coś się jeszcze liczyło.

Cały finał jest dość szybki: w przypadku tak małych zwierząt eutanazji zwykle dokonuje się nie poprzez wlew dożylny, a niestety dosercowo. Tym bardziej chwalmy słuszność (konieczność absolutną w takim wypadku) znieczulenia. Jeden „cios”, aspiracja krwi do strzykawki- tak upewniają się, że są w sercu… i wtłoczenie „eutanazolu” jak mawiam, do serca. Oddychanie, akcja serca ustaje i pozamiatane.

Gdy wróciłam do domu bez Wiki, Kostek biegał w tę i nazad, rozpaczliwie wpatrywał się w klatkę z jednym już tylko szczurem, i walczył z nową rzeczywistością. Przykry widok.

Szczurzyca numer dwa, a właściwie jeden, Tysia, jeszcze nie była zorientowana do końca w temacie. Jak się później okazało, z dnia na dzień czuła się raczej gorzej niż lepiej po utracie przyjaciółki… Obecnie jest dość stabilna, wciąż smutna, przeraźliwie chuda (odżywia się głownie specjalną papą, oczywiście ze strzykawki) i wciąż złakniona kontaktu z człowiekiem. Jest na tyle schorowana (w pewnym momencie myśleliśmy, że straciła wzrok, tak daleko sięgała jej apatyczność), że choć powinna mieć jakiekolwiek szczurze towarzystwo, to strach wprowadzać nowego szczura (a właściwie szczury- zbyt leciwa jest już łysa by w ogóle rozważać robienie znów tylko pary), ze względu na to, jak mógłby się zachować wobec niej, mimo że wkroczyłby na nowy dla siebie teren.

Cóż. O co chodzi z całą tą szczurzą, przykrą historią. Poza tym, co każdy na własną rękę może próbować lub nie, z tego zrozumieć to… Bierzmy minimum odpowiedzialności. Za zwierzęta, które są pod naszą opieką i poniekąd przez to niestety pod naszą „władzą” zdane na łaskę i nie łaskę. Bierzmy odpowiedzialność nie tylko za ich życie, ale także za cierpienie i śmierć.

Jeśli nawet taki szczur żyłby gdzieś sobie na wolności i z niełaski mściwego losu spadłaby na niego choroba ta czy inna… Rozliczałby się wtedy ze swojego życia z naturą. Ze swoim stadem. I nie sądzę by mogło to trwać bardzo długo. Tymczasem, jak się okazje, związki z nami, ludźmi, są wyjątkowo trudne i przysparzające cierpień. Pozwalamy na hodowanie różnych chorób, wcale nie ze względu na koszty, które mogą przerosnąć (choć zdarza się, że jest to wiodący powód) czy problem pełnej prywatyzacji usług weterynaryjnych (prywatność w takich sektorach niestety zawsze niesie wiele patologii – oczywiście dla wielu może wydać się to obraźliwe), wydaje mi się, że często robimy to bo chcemy być „litościwi”. Bo boimy się rozwiązań radykalnych i niejako surowych i prostych. Bo brzydzimy się dziwnych trafem śmiercią jako taką – co jest bezsensowne, wszak przypominam, że wszyscy, co do jednego osobnika, umrzemy. I tym sposobem, zamiast w swej światłości w cierpieniu ulżyć, przedłużamy je.

Nie jestem orędownikiem eutanazji jako remedium na każdą poważniejszą dolegliwość. Wręcz przeciwnie. Przeraża mnie czasem jak daleko „na łatwiznę” są w stanie iść ludzie, jak często wyręczają się czymś, co jest ostatecznością. Ale oceniajmy realnie swoje możliwości, chęci i umiejętności. Nie róbmy z siebie (na siłę) świętszych niż jesteśmy. Nie odwracajmy wzroku od cierpienia. Nie zostawiajmy zmierzenia się z nim „na później”.

Czy na przykład jeśli nie jesteśmy w stanie bardzo choremu zwierzęciu zapewnić wystarczająco uwagi, wykonywać różnych zabiegów pielęgnacyjnych, czy nawet podawać regularnie środków uśmierzających ból, z różnych względów nie możemy pozwolić sobie na lepiej rokujące leczenie, nie mamy dostępu do lekarzy weterynarii specjalizujących się, obeznanych z leczeniem danego schorzenia czy zwierzęcia itd itd… Mamy prawo udawać, że to się nie dzieje, użalając się ewentualnie od czasu do czasu nad oczywistym stanem naszego podopiecznego, by zaraz zająć się swoim życiem, znów zapomnieć? Przecież ta istota, może liczyć tylko na nas…

Myślę, że niewielu raczej myśli o losie, także bardzo chorych zwierząt, dłużej niż przez ok 15-30 sek na raz. Przecież to tylko zwierzęta. Są tylko dodatkiem do naszego ważnego życia.

Tylko po co nam tak niepotrzebne dodatki?

Nie każdy człowiek zasługuje na zwierzę.

kostek i szczury

Kostek, Tysia i Wiki, kilka dni przed końcem.

A tak było kiedyś

A tak było kiedyś…