Wczoraj nastał wielki dzień w życiu Figi. Otóż nasza lejdi została definitywnie bezpłodna (a i tak dostała łaskawe odroczenie „wyroku” o dwa dni, bo wcześniejsze plany były mocno walentynkowe). Brzmi strasznie i groteskowo, przyznam. Ale co tu owijać w bawełnę. Można by silić się na jakieś eufemizmy wskazujące na wycięcie jajników wraz z macicą, tylko po co.

Jak wielu już wie (albo i nie) nasz Tymczasowy Pies już minimum raz doświadczył cudu macierzyństwa. Prosto z samiutkiej Mławy Figis została zaimportowana wraz z ostatnim miotem (a przynajmniej jego żywą częścią…), w liczbie czterech sztuk. Radości, szczochów i pcheł było co niemiara, cud życia w najczystszej postaci i różnorodności form.

Już w środę poczyniliśmy nawet małe przygotowania. Co było przez psa tak z grubsza ignorowane.

A nawet się wykąpaliśmy, po którym to zabiegu Figa wyglądała jak Bobek z Muminków (w naszym przypadku raczej wesoły i mało złośliwy).

Kąpiel planowaliśmy od kilku dni, ale w końcu mieliśmy poważną motywację ;)

Kąpiel planowaliśmy od kilku dni, ale w końcu mieliśmy poważną motywację 😉

figa bob2

Spojrzenie mówiące „jam niewinna” ale ogon-merdacz

 

Poruszenie w psie nastąpiło, dopiero gdy, z bólem serca, odebraliśmy jej miski z jedzeniem… Niestety, takie są twarde prawa przygotowań do zabiegu. Minimum 12h na czczo (m.in. dlatego, że  łatwiej uniknąć zadławienia i innych przykrych następstw ewentualnego wymiotowania, które może być skutkiem ubocznym znieczulenia). W środowy wieczór starała się zignorować ten fakt, ale w czwartek rano tęsknie odwiedzała kącik jadalny. Poza tym odstresowywała się zaleganiem na kanapie, gdzie poprzedniego wieczora uwiła sobie gniazdo, w promieniach lutowego słońca.

lutowe słonce

Figa wyleguje się w promieniach lutowego słońca zrelaksowana przed zabiegiem

Po prawdzie, jeszcze w poczekalni w przychodni weterynaryjnej, nie bardzo zdawała sobie sprawę co ją czeka, więc zajęła się niefrasobliwym zaleganiem.

w lecz 1

Nudy w poczekalni u weta

Najbardziej to jej Homera było brak. Robią się coraz bardziej nierozłączni, i gdy Homer (planowo) wczasuje się z innymi psiakami z zarządzanego przeze mnie stadka (bez Figi), obojgiem, choć rozdzielnie to jakby razem, targa cierpienie tęsknoty. Ciekawe.

homer podrózuje

Gdy Figa wybudzała się z narkozy, z Homerem odbyliśmy nostalgiczną podróż tramwajem. Niełatwą, bo na kolanka by się chciało, a łapy niemożliwie uwalane

Na szczęście już po południu wrócił do niej, pielęgnować ją po zabiegu, a będą sobie jeszcze bliżsi, bo równie niezdolni do rozrodu…

Więc do rzeczy. Sterylizacja suk i kastracja psów (oraz kotek/kotów i często innych zwierząt) jest potrzebna. Ja wiem, jak silne są przekonania, ze samica musi mieć młode chociaż raz, a wycinanie jej (?!!) „macic i innych przyrządów” jest okrutne i złe, a samiec bez jaj stracił całą swą samczość i godność do tego.

Ale za dużo bezdomności zwierząt na świecie. I fakty, czysta biologia, pozostają niezmienne: pies/kot z jądrami gdziekolwiek się znajdzie, poza kontrolowanym (pozbawionym innych przedstawicieli swego gatunku płci przeciwnej) terytorium może siać nowe życie. Czy to podczas nawet „tylko kilkugodzinnej” ucieczki, czy na wakacjach (lub na co dzień, jakie tam kto ma warunki mieszkaniowe/urlopowe nie wnikam) gdy wymyka się dziurą w ogrodzeniu o czym właściciel nawet nie wie, bo spryciarz wraca na czas. I przelotna miłostka raczej nie obudzi w nim poczucia odpowiedzialności i chęci do płacenia alimentów na 4, 8, 10, 12… szczeniąt 😉

A z suką (kotkami jakoś ludowa narracja mniej zasadniczo poniewiera póki nie kocą się na pańskiej poduszce) to dopiero jest problem! No pewnie, że problem, wylezie za płot, będzie się gonić z byle jakim zainteresowanym psem i zaczynają się kabarety. Jak jej brzuchol wywali to porażająco traci na wartości, i nie obraźcie się za porównywanie (zazwyczaj nie chcąc obrażać żadnej ze stron nie zestawiam tak jaskrawo ludzi ze zwierzętami), ale to tak jak z nastolatkami w ciąży – niechciane to zjawisko, wstydliwe, kłopotliwe, urągające (a tyle się czyta o cudzie poczęcia, nowym życiu…), a kiedyś także (gdzieniegdzie wciąż klimat się utrzymał) z kobietami niezamężnymi. A cała „ohyda” i poniżenie związane z tym stanem uderza(ło) w istoty „przy nadziei” właśnie (widocznie nadzieja nie zawsze na cokolwiek się zdaje…).

No i szczęnięta (kocięta) topi się, dusi, cuduje z tym nowym życiem niemożliwie. Sposoby są różniste.

Tzw wczesne zapobieganie – ciężarną sukę wywozi się do lasu, wywala gdzieś przy autostradzie, generalnie chodzi o to, żeby było daleko od domu. A niech se radzi ladacznica jedna.

Tzw chrześcijańskie podejście – sukę wraz z młodymi zostawia się gdzieś, las też jest dobry, już nie musi być bardzo daleko od domu (ale może), bo istnieje przekonanie (zwykle słuszne), że jako dobra matka, potomstwa na marny los nie zostawi. Ale życia już poczętego osobiście (przynajmniej definitywnie) nie uśmierciliśmy. Niech sobie umierają na własną rękę no nie. Bo co by z całym tym towarem robić.

Tzw radykalne podejście ludowe vel ateistyczne – jednak decydujemy się na dokonanie „aborcji” post porodowej – no urodziły się trudno, to np. a)topimy, b)wyrzucamy/podrzucamy gdzieś same młode, bo jesteśmy zbyt delikatni, no to nieestetyczne, całe to uśmiercanie. W wersji humanitarnej zanosimy „to” do weta i niech ku chwale ustawy (o której nawet pewnie się nie myśli), uśpi ślepy miot. Chwała panu, że nie będzie zdychał na zimnie samotnie piszcząc o matkę. Ale nie każdy zdobędzie się na tak „odpowiedzialny” krok i często wybierana jest opcja a) lub b)…. A suka tak czy siak, zostaję z rozbitą psychiką, zagubiona i cierpiąca po porodzie i kradzieży dzieci. Było i nie ma.

Ludzie, którzy darzą jakąś pozytywną emocją to nieszczęsne samicze zwierzę i nie do końca wiedzą (lub nie do końca chcą) co(ś) począć pozwalają biedaczce urodzić (ew w ogóle świadomie „dopuścili” jak trzeba ukochaną sunię… i „biorą odpowiedzialność” dalej za ten cud), a potem zaczyna się rozdawnictwo (albo sprzedawnictwo…) puchatych, ślicznych, kłębuszków puszków. Tak w ogóle to nie jest to do końca legalne, jakby co. Widział ktoś brzydkiego szczeniaczka? Albo kocię (no to to już chyba w ogóle niemożliwe) ? O ile maluch oczywiście nie jest „fabrycznie” zdeformowany bo i takie żarty ze stworzenia natura potrafi robić… Bo ja nie widziałam.

Więc chętni zawsze są. Tylko co to za ludzie. Jaki los potem tych puchatych kłębuszków co wyrastają na nieforemne przegubowce, temperamentne (samice) będące skrzyżowaniem miotły z mopem… Albo nawet tych szczodrze rozdanych („po kosztach” odstąpionych) prawie na pewno rasowych labradorów, owczarków niemieckich, wyżłów… Co to rosną za duże, jak nie trzeba. Zabawki szybko się nudzą 🙁 odpowiedzialność kiełkuje powoli albo wcale.

Może intencje były nawet dobre, a przynajmniej pozbawione „złej woli” ale tak czy inaczej, weryfikacja potencjalnych chętnych na nasze odchowane, być może nawet w dobrych warunkach wzrosłe, szczeniaczki (kociaczki) raczej jest znikoma. Zresztą o czym ja mówię. Ludzie jak diabli nie lubią być „weryfikowani”, a już zwłaszcza jeśli chodzi o piesełki czy kotełki. Jakby bank zapytał, bo nowy kredyt bieremy, to okej.

Także, tego. Wracając do „meritum sedna”. Tak, sterylizacja i kastracja (może sterylizacja nawet bardziej) to naprawdę duża ingerencja w organizm naszego zwierzaka. I jak wszystkie inne zabiegi, już w samym swoim przebiegu obarczona pewnym ryzykiem. Ale i ratująca życie – u suk czy kotek z ropomaciczem to jedyna dobrze rokująca metoda leczenia. Więc na pewno zrozumiałym jest, że minus macica wcześniej, to na sto procent minus ropomacicze (i ciąża) na przyszłość. Zabiegi takie zmniejszają też ryzyko nowotworów sutka czy prostaty i innych. Ale o tym wszędzie wiele i na różne sposoby powiedziane i napisane już zostało. Spokojnie można się też pocieszyć, że zabiegi te, nie są wielką nowością i łał hitem XXI w, znamy je od dawna, zastosowań miały wiele, a organizm zwierza dość szybko i sprawnie po przewrocie i „szoku” po stracie pewnych elementów ciała dochodzi do siebie.

Czasem można mieć wrażenie, że całe to „nagabywanie” pro-sterylizacyjnokastracyjne to szeroko rozpowszechniane działania propagandowe. I jest to prawda, gdyż w rzeczy samej, propagować oznacza krzewić i kształtować u innych przez nas wyznawane poglądy. Więc ludzie, którzy chcą „nauczyć” innych ludzi, że sterylizacja/kastracja jest dobra muszą w to wierzyć, negować (nawet mocno) przeciwstawianie się ich założeniom itd. Niektórzy uczuleniowo reagują na „nagonkę”, ale wielu ludzi po prostu nie ma swojego zdania/wiedzy na ten temat (jak i na wiele innych) i wiele ich poczynań wynika z małej świadomości i cóż tu się rozwodzić, lenistwa czy niedbalstwa. Nie każdy, choć lubi swego podopiecznego, skupia na nim 130% swojej uwagi i głowi się wiecznie czegoż to mu potrzeba. No cóż, taka jest prawda, takie jest życie. Jak zawsze życzę ludzkości umiejętności podejmowania (chociaż prób) dialogu.

Jeśli chodzi o nasza Helenę Figę, jako egzemplarz pokazowy:

  1. Szczerze powiedziawszy po zabiegu czuła się źle.
    figa oblana jodyna

    Zaraz po wyjściu z przychodni była w stanie samodzielnie dreptać, choć widok to był naprawdę wzbudzający litość 🙁 hardo tu jest wypaprana jodyną, taki „błąd w sztuce” i za wiele się ulało. Dzięki temu wciąż w naszym domu pachnie szpitalem.

    Haj po znieczuleniu nie za bardzo przypadł jej do gustu. Ubranko też niezbyt jej nie pasowało (w dodatku pierwotnie zostało dość niezgrabnie założone- same w sobie te ubranka ochronne jakimś cudem nie są, wszystko w miarę możliwości poprawialiśmy na bieżąco by ulżyć psu). W teorii jej samopoczucie mieściło się w normie, zwłaszcza że mogła być nawet nieco bardziej obolała, bo i ranę miała większą (szew jest imponujący) – z tytułu opracowywania przepukliny pępkowej przy okazji zabiegu sterylizacji. Ale wiadomo, człowiek patrzy, serce się kraja, itd. Prawie że wyrzuty sumienia ściskają.

    zmartwiony homer

    Wierny przyjaciel Homer bardzo martwił się samopoczuciem rekonwalescentki

  2. Wieczorem po zabiegu apetytu brak, zresztą i tak miała zakaz.
  3. Dziś kontrolne sprawdzenie rany wyszło ok- a pies lepiej prezentuje się w czerwonym ubranku (które też nie jest idealne niestety 😉 ) . Wróciła jej też chęć do życia (czyli jedzenia). Żalu do nas raczej nie ma, współczucia owszem, oczekuje.
nowe ubranko (2)

W rzeczywistości kolor jest bardziej twarzowy, i to raczej soczysta truskawka niż wściekła malina

nowe ubranko

Dogodna pozycja w 3/4 na plecach