Gdzieś tam pośród innych wpisów (jeśli dla kogoś nie wynika to jeszcze z całokształtu radosnej twórczości zawartej na blogu) pojawiła się informacja, że przede wszystkim lubuję się w psach. Niezaprzeczalnie jest to prawda. Ale faktem też jest, że wszystkie stworzenia żywe, cały zwierzęcy świat, a nawet człowiek, nieodmiennie i wciąż, na co dzień i od święta budzą we mnie niezaspokojoną fascynację.

Poza tym, rzekło się także, że chcę nawiązywać do relacji pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem, zwierzęciem a zwierzęciem i tak dalej. To tak słowem wstępu.

Nieśmiało, trzecioplanowo może wręcz, przewinęły się gdzieś pomiędzy pieskami itepe dwie szczurzyce. Wiki (łaciata) i Tysia (bezwłosa). Ciężko powiedzieć, czy nawet teraz, gdy dostały swój własny tytuł będą grać wiodące role.

Kostek, Tysia, Wiki

Kostek lubi pilnować bezpieczeństwa Tysi i Wiki na kanapie

Po pierwsze dlatego, że są one wielką miłością Kostka (może namiętność byłaby lepszym słowem, ponieważ Kostek chociaż jest psem, wykazuje wielkie zainteresowanie wszelkimi gryzoniami, co jest dla ludzi zupełnie niezrozumiałe i dziwne, zwłaszcza że nie chce ich spożywać).

A po drugie dlatego, że chce o nich wspomnieć, trochę egoistycznie może, albo po prostu w charakterze tła wręcz, dla psychiki, potrzeb i dążeń człowieka.

Oddając ukłon „koronie stworzenia” zacznijmy może od człowieka, tak jakby.

Czym jest zwierzę domowe? Według definicji to istota utrzymywana i hodowana przez człowieka dla jego przyjemności. Trochę to samolubne, co?

Mawia się także, zupełnie fachowo, „zwierzęta towarzysząca”. Chodzi o to samo. Zwierze towarzyszy nam, służy swą urodą, obecnością, cieszy oko czy inne zmysły (proszę, nie mylmy zmysłów z seksualnością…), oddala samotność.

Wiele zwierząt przysposobiliśmy dla naszej uciechy, by zaspokoić nasze potrzeby. I tak naprawdę nie jest to złe, nie do tego zmierzam.

Pośród tych zwierząt towarzyszących znalazły się także szczury. Niektórych, choć jest to już dość popularne zwierzę domowe i „spowszedniało”, wciąż to brzydzi, szokuje i zniesmacza. I wiele mają argumentów i przekonań związanych ze szkodnictwem szczura, a no i przede wszystkich OHYDNYM ogonem, częstokroć zapominając w ogóle o szczurzej inteligencji i zdolności tego zwierzęcia do socjalizacji (czyli m. in. służenia nam rozrywką poprzez zabawę i zainteresowaniem naszą osobą co, nie oszukujmy się, jest pożądane w kontakcie z pupilem). Zawsze bawią mnie (co najmniej) lekko argumenty estetyczne, bo jestem więcej niż pewna, że większości ukochanych zwierząt wydajemy się dość niekształtni i nieatrakcyjni. Inni z kolei wręcz pieją z zachwytu wychwalając inteligencje, zaradność, zdolność do nauki, urok, wdzięk, zwinność i towarzyskość tych zwierząt. Jedni to rozsądni orędownicy tych interesujących gryzoni, drudzy, cóż, trochę fanatycy aż do naprawdę niezdrowej przesady, wiecie, w pieskowych czy innych tematach bywa tak samo. Jak wiemy, gusta są sprawą osobistą, zwykle nie interweniuję w niczyje przekonania, jeśli nie dochodzi do okrucieństwa i agresji. Bogactwo kategorii zachwytu nad istotami żywymi różnymi od nas, ludzi, jest niemierzalne wręcz. Widzę w tym nawet pewien przejaw przewrotnego piękna naszych ludzkich, powykrzywianych dusz (tak, na serio napisałam, że człowiek także ma w sobie coś pięknego) gdy słyszę entuzjastyczne ochy i achy i merytoryczne, pełne uznania wywody, nad czymś (w sposób zupełnie oczywisty dla większości populacji) „ohydnym”  takim jak karaczany brazylijskie, czy przynajmniej dalekim od puchatej przyjazności kociąt, jak gekony, lub inne guzowate gady.

Spośród moich najbliższych, wielkim zwolennikiem szczurów, prócz Kostka 😉 jest mój brat. Do czego zresztą sama się mocno przyczyniłam. Wierzę w wielką terapeutyczną moc zwierząt, a także związanej z nimi odpowiedzialności. Należy tylko pamiętać, że zwierzęcego przyjaciela trzeba umieć dobrać, nie każdy pasuje do psa czy kota, nie każdy do szczura.

IMG_20161015_185837

Kolacja przygotowana dla szczurzyc ze starannie wyselekcjonowanych składników. Serwowane produkty są pełne błonnika, minerałów i witamin , białka (także pochodzenia zwierzęcego, dziewczyny nie są wege). Węglowodany czekają już w ich domku, w postaci ziaren zbóż, nasion roślin strączkowych itp.

Naprawdę wiele radości przynosi ta parka, może jakiś miłośnik lub hodowca szczurów by się czegoś czepnął, ale mój brat kocha szczurzyce szczerze i rozpieszcza te diablice serwując najróżniejsze frykasy (za granatem nie przepadają). Komuś może wydać się to śmieszne, czy niezdrowe. Kochać szczury? Phi. Też coś. A co tu kochać. Uczuciom do większych zwierząt już mniej się dziwimy jakby to masa czy długość życia miały decydować o wartościowości tej istoty, albo możliwości okazywania jej zainteresowania, czułości czy troski. Nie musimy przecież czuć tego samego. A krytyka, czy negowanie nie jest tutaj do niczego potrzebne.

Wiki jest ciutkę młodsza, ale rok już jej stuknął. Raczej bez większych zmian wciąż u niej dobrze i dostatnio, na razie nie wykazuje żadnych tendencji do chorowania, osłabień, czy niedomagań. Wiadomo, szczur żyje szybko i niezbyt długo (jego serce uderza ok 350 razy na minutę, a wg niektórych źródeł ponad 490 uderzeń, zwłaszcza u młodych osobników, wciąż jest normą- szczerze mówiąc jeszcze nie sprawdzałam na żywym organizmie). Dla obserwatora-laika ciągle je, i co tu się rozdrabniać, wydala. I nie jest to dalekie od prawdy. Zatem skoro szczur tak żyje, to i wszystko w jego życiu dzieje się szybko. Jeśli choruje, to nam wydaje się to dość nagłe. Jeśli chudnie- to dosłownie w oczach, w ciągu doby widać zmiany.

I o ile Wiki to szczęśliwy, (prawie) „zwykły”, puchaty szczur, o tyle Tysia, nie dość że odrobinę (dla nas, w szczurzym świecie znacznie) starsza, to jeszcze Fuzz (to po prostu jedna z odmian bezwłosych szczura, często o wiele bardziej podatna na różnorakie infekcje i inne problemy zdrowotne). Więc nikogo zdziwić nie powinno, że Tysia postanowiła zachorować, by nikt nie wątpił w jej wyjątkowość.

Kiedy zostałam zaalarmowana, że z łysą zdecydowanie jest coś nie tak i dotarłam na miejsce (nie mieszkam razem z dziewczynami) w klatce zastałam zwiniętego, wyziębionego szczura ukrytego w drewnianym domku, leżącego w zawilgoconej ściółce (nigdy przenigdy by się tam nie położyła przy zdrowych zmysłach- to było miejsce do toalety, ewentualnie jakiejś zabawy, a szczury to wielkie czyściochy, poza tym atrakcyjność sypialniana była tam żadna). Co gorsza, świsty, rzężenia i dziwne dźwięki wydobywające się ZE szczura brzmiały naprawdę makabrycznie i słychać je było w promieniu kilku metrów. Cóż. Czarno to widziałam.

Oczywiście wydłubałam malutkie ciałko ze ściółki, nie protestowała i nie wykazywała agresji. Wyglądała okropnie. Niesamowite, jak szczury szybko i imponująco potrafią chudnąć w chorobie.

Jedyne, co na szybko przyszło nam do głowy (z dumą muszę przyznać że najbardziej zaangażowana we wszelkie akcje ratunkowe była moja mama, choć szczury darzy raczej życzliwym sceptycyzmem) to: ogrzać, spróbować nakarmić, inhalacja (niektórzy mówią na to sauna). Wiele do stracenia nie miałyśmy, sauna rzeczywiście pomogła- oddech choć na jakiś czas stał się lżejszy, a próby dokarmiania spełzły na niczym, co zdecydowanie było znakiem złym. Ustaliłyśmy, że stan jest bardzo zły, lecz stabilny. Więc nie zastanawiając się dłużej pobiegłam do zaprzyjaźnionej przychodni weterynaryjnej (życzliwość lekarzy tam zawdzięczam swoim praktykom, lepsze to niż nic 😉 ) . No i cóż mi było potrzebne? Ano, dobroczynne antybiotyki. Na dyżurze niestety nie było proszczurzej, i szczurodoinformowanej lekarki (nie każdy weterynarz zna się głęboko na koniach, nie każdy na szczurach). Ale wspólnymi siłami udało nam się ustalić, analizując „wywiad”, że raczej jest to zapalenie płuc (od początku byłam temu przychylna), i albo coś podamy, albo nic i szczur nam kopnie w kalendarz. Wiem, że w stolicy przy odrobinie wysiłku można znaleźć nawet kilka miejsc, gdzie urzędują szczurzy specjaliści, a cały profil zakładu opiera się przede wszystkim na bardzo małych zwierzętach (gryzoniach i zajęczakach). Ale wcale nie tak łatwo o jakość usługi, jaką w pewnym sensie jest leczenie, koszta też zwykle rosną dzięki tej specjalizacji, a ciąganie po zimnie chorego zwierzęcia (był listopad) wydawało mi się zupełnie nierozsądne. Więc w porządku, niech ktoś nazwie podjęte kroki eksperymentami na zwierzętach, ale utaj nie było za dużo czasu na szczegółową diagnostykę (to nie takie proste gdy podmiot badań waży 30-40 dag).

Obłożnie chora czekała w domu, ledwo zipiąc. Podawanie zastrzyków z ogromnej (w zestawieniu ze szczurem) insulinówce, poprzez gigantyczną igłę stanowi na początku wyzwanie. Spodziewałam się też pogryzień i walki ostatkiem sił od „zainteresowanej” leczeniem. Nic z tego. A wcale nie tak łatwo jest przebić się przez skórę takiej, wydawałoby się maleńkiej i delikatnej, istoty- to dość gruba i oporna powłoka, inaczej niż u piesków, kotków, czy człowieków. Nie miałam wprawy, dokonywał się mój debiut, ale podopieczna okazała się bardzo cierpliwa, spokojna i pogodzona z losem.

I już po godzinie od pierwszej dawki dostrzegliśmy delikatną poprawę. A przede wszystkim chęć do jedzenia – to zwiększało zdecydowanie szanse na przeżycie.

IMG_20170201_162431

Ten żółty proszek zabłąkany w pojemniczku to właśnie szczurza dawka leków.

Na pierwszej kontroli, już u proszczurzej lekarki, widać było (przynajmniej dla nas) wielkie zmiany, a mimo to usłyszeliśmy, że za dobrze nie jest. Ale skoro szczurzyca jadła, to można było zacząć podawać jej leki doustnie (u tych gryzoni nader często występują martwice i ropnie w miejscu podawania zastrzyków, więc nawet te drobne zabiegi niosą ryzyko). Dalszy ciąg leczenia miał wyglądać tak: lek  przeciw zapalny i dwa antybiotyki. To rano, to wieczorem itp. Nieźle, co? Ano, i warto zadawać probiotyki (już wcześniej starałam się o to zadbać). A wszystkie te specjały w tabletkach… I tu zaczyna się kolejna jazda. Jak wygląda dawkowanie takich medykamentów w szczurzym wypadku? Jedna dwudziesta tabletki tego, jedna piąta tamtego i tak dalej… Podzielić, rozkruszyć, rozetrzeć. Wymieszać z pokarmem (są specjalne papy dla rekonwalescentów, co ułatwia zadanie nieco, zwłaszcza że zwykle są przyjmowane jako dość smakowite).

 

IMG_20170201_163719

Tysia naprawdę genialnie radzi sobie ze strzykawą (w roli instrumentalnej modelki strzykawka 2ml, ciężko dostać insulinówki bez igieł w zwykłej aptece). Na zdjęciu dokarmiana pacią z dodatkiem proszku na tzw „wzbudzenie odporności”. Zaniemogła nam ostatnio trochę znowu, ale mniej drastycznie. Na przyrządy należy uważać – szczur bez problemu rozczłonkowuje plastik.

Spreparowane tak posiłki podaje się przez strzykawkę, oczywiście doustnie, żeby mieć pewność, że większość została spożyta.Na początku, jeszcze niezbyt zdrowa pacjentka, opierała się takim zabiegom.

Potem wcinała jak dzika i nie trzeba było już stosować przymusu. Pięknie też przybierała na wadze. Można powiedzieć, że nasz sukces rósł w oczach. I tak dzień po dniu.

I tu, a nawet wcześniej, mogą pojawić się pytania, wiele pytań. Tyle zachodu o szczura? Czy „warto” leczyć tak małe, żyjące zazwyczaj góra 2-3 lata zwierzę? Czy to nie przesada? Czy nie męczymy w ten sposób zwierzęcia? Prawdopodobnie wielu ludzi, nie to że nie wie, ale po prostu nie myśli o tym, że takie leczenie farmakologiczne to pikuś, szczury są poddawane różnym „podstawowym” (ale nie tylko) zabiegom operacyjnym (kastracja, sterylizacja) w narkozie wziewnej i wraz z rosnącą z doświadczeniem lekarzy wiedzą i polepszaniem się jakości narkozy, na tym polu jest coraz więcej „sukcesów” 😉

A skoro pojawiają się pytania, to i rozterki, niemalże natury moralnej. Szczur, w rzeczy samej w historii, tradycji i jak wynika z samych, dość słusznych, obserwacji całych pokoleń, jest przede wszystkim szkodnikiem. Niby wytłumaczyliśmy sobie na początku, że oto tutaj zajmujemy się zwierzęciem domowym, pupilkiem i w ogóle. Ale fakty pozostają faktami. Tymczasem faszerujemy go lekami. A przecież nie zapomnieliśmy tak naprawdę, że gdzieś na świecie, bliżej i dalej, ludzie nie mają dostępu do podstawowej opieki medycznej, do leków, opatrunków, szczepionek (i być może są tam też szczury, które dodatkowo przyczyniają się jeszcze do rozprzestrzeniania chorób). A nasz szczur ma. I jak bardzo tu sprzeciwiamy się naturze? I gdzie są granice? Pozwolę sobie na jeszcze jedną męczącą dygresję: otóż weterynaria (medycyna weterynaryjna-tak to powinno brzmieć w pełnej krasie) wciąż się rozwija, upowszechnia i nie jest zastrzeżona dla wybranych gatunków lub celów, a tu i ówdzie ściśle się w czymś konkretnym specjalizuje. Może to wydawać się nawet dla niektórych oburzające. Dziwne. Zbędne. Ale nieśmiało napomknę, że kiedyś całkiem podobnie było z naszą ludzką medycyną…

Dla mnie sedno sprawy jest tu jeszcze inne. Bardzo często, o ile nie zawsze, leczenie zwierząt, całe to „poświęcenie”, cudowanie (gdy zabiegi wydają się wręcz śmieszne, dla niektórych na pewno takie będzie „ratowanie szczura”), wydzielanie leków, terapie, to tak naprawdę „leczenie” ludzi. Robimy to często z miłości, troski, dbałości o kogoś. O jego uczucia do tej istoty, która ugina się pod chorobą (albo dla siebie). A jakby pośrednio chodzi o samo zwierzę (domowe). Brzmi trochę okrutnie. Ale nie należy stawiać tu znaku równości pomiędzy taką postawą, a szczęściem kosztem cierpieniem zwierzęcia, „męczonego” leczeniem. Dla mnie zawsze priorytetem jest niwelowanie, zwalczanie cierpienia (być może również dlatego, że czuję się z tym dobrze). I wierzę, że chociaż na takie „ograniczenie egoizmu” stać większość ludzi kochających zwierzęta. Ta nasza cała miłość to nie jest wcale jakiś bezinteresowny cud.

I nie widzę nic złego w takiej motywacji. I bez względu na nią wiele możemy nauczyć się od chorych zwierząt. Na pewno nie w każdym wypadku pokory i łagodności wobec cierpienia czy swojego wybawcy, ale i na pewno niemal w każdym wypadku wielkiego umiłowania życia, doceniania go i walki o nie. One naprawdę kochają i doceniają swoje życie w sposób tak naturalny i oczywisty jaki my na zawsze tracimy jeszcze w głębokim dzieciństwie. Mimo że zwierzęta nie błagają nas o to życie i nie wypatrują cudów.

Dla jasności. Nie zapomniałam o tym, że weterynaria, usługi medyczne świadczone dla (właścicieli) zwierząt to w dużej mierze po prostu biznes. A także nauka. Ambicja. I inne. Chodziło mi o te intymniejsze relacje, o związek zwierzęcia ze swym opiekunem, o bliskość człowieka wobec człowieka, o miejsce naszych towarzyszących towarzyszy w ludzkiej rzeczywistości.

tysia kostek wiki