Miałam ostatnio, dla niektórych z pewnością wątpliwą, przyjemność uciąć sobie wcale niekrótką pogawędkę z bezdomnym. A tak, jechaliśmy razem tramwajem. Od dawna już nie robią na mnie wrażenia „przygodne” znajomości zawierane w komunikacji miejskiej, które zazwyczaj zaczynają się i kończą podczas tej jednej właśnie podróży z punktu a do b.
Cóż takiego tym razem przykuło mą uwagę do rozmówcy? Oczywiście pies, czy kogoś to jeszcze zdziwi 😉 dokładnie tak samo jak po wielokroć na mnie ściągali uwagę, spragnionych rozmowy dusz, moi zwierzęcy towarzysze.
Pies ten nazywa się Pimpek. Może mało oryginalnie, ale uroczo, czyż nie? Słaby ze mnie kynolog, a toż dlatego, że w psie to najbardziej kocham jego psie serce, a nie rasę. Ale jak dla mnie Pimpek prezentował się jako mieszanka jamnika ze staffikiem, a już na pewno jamnika z rasą (niekoniecznie jedną) z tych „godnych” i raczej potężnych. Pozostał jednak przegubowy,a właściciel z dumą pochwalił mi się, że waży bite 16kg. Uwierzyłam. Fotografie na pewno nie oddadzą pełni urody tego stwora o niezwykle strapionych oczach.
Dowiedziałam się także, że razem z Pimpkiem mieszkają na działkach, ale źle nie jest, bo mają i piec, i dużo drewna, więc ciepło, a „na wyposażeniu” i dywanik i kanapa się zaplątała (gdzie Pimpek zresztą bardzo lubi się wylegiwać). Aha, warte napomknięcia – nie jest to do końca historia „psiego jedynaka”, oprócz Pimpka rezydują tam dość mocno posunięta w latach sunia i jeszcze jeden kundelek lekkoduch. Pan rozbrajająco wygłosił deklaracje, że „kocha psy” i „wszystkie to znajdki, błąkały się po ulicy” (a sunię ktoś podobno wyrzucił z samochodu). A ja mimo tego przez ponad połowę naszej rozmowy starałam się rzeczowo otaksować Pimpka szukając w nim oznak zaniedbania, niedożywienia lub chociaż niedojadania, ektopasożytów, urazów i zachowania wskazującego na stosowanie wobec niego przemocy itepe. Tymczasem stwierdziłam: obecność bardzo prostej, ale zupełnie normalnej obroży oraz dodatkowo jakiejś przeciwpchelnej/kleszczowej (no foresto to raczej nie było, ale zawsze coś 😉 ), a do tego przypięty „breloczek” wskazujący na aktualne (tegoroczne) szczepienie przeciwko wściekliźnie; błyszczącą i czystą sierść; ładnie zaokrągloną (nie otyłą!) sylwetkę i absolutny BRAK zapachu typowego BRUDNEGO psa (nie mylić z zapachem psa w ogóle 😉 ) – a co poniektórzy zdziwiliby się jak w tym aspekcie właśnie zaniedbane są psy wielkiego państwa, co to i dom z podwórkiem własnym jest (!), no ale pies w kojcu, albo podwórko to kilkadziesiąt metrów i nijak „oczyszczająco” się nawet nie wytarza… Oczywiście oburzająca (dla mnie osobiście średnio-ale znam zasady i regulaminy, i jestem w stanie sobie wyobrazić z czego wynikły) dla większości była „wolność” Pimpka. Otóż psina, dosłownie leżała na stopie swego „właściciela”, ale w żaden znany ludzkości sposób nie była przypięta do smyczy. Smycz, owszem, istniała dumnie dzierżona w dłoni, ale zupełnie swobodna i nie związana z psem. Podobno gdzieś tam skitrany był także kaganiec, jeśli wierzyć legendzie. A te wszystkie „niepotrzebne gadżety” i tak istniały tylko dlatego, że Pan jednak znał także zasady i musi je mieć „na wypadek” 😉
Wiem jaki kociokwik może się podnieść na obraz „takiego braku odpowiedzialności i wyobraźni!” i nawet zgodziłabym się pewnie z około połową rzeczowych argumentów w tej sprawie, ale wszystkim z całego serca życzę (i sobie też mocno) by ich psy były nie tylko w człowieka swego wpatrzone (moje na pewno są, jestem więcej niż pewna 😉 ) ale i posłuszne, karne, reagujące na polecenia właściciela w mig, ciche i spokojne i to bez „tresury” opartej na agresji, super treningów obedience, klikerów, smaczków i takich tam.
Zanim zdążyłam opuścić powóz, przeprowadziłam krótki wywiad mający na celu ustalenie stopnia świadomości w zakresie rozrodu zwierząt domowych, głównie psów (takie małe „zboczenie zawodowe” bez cienia złej intencji), i dowiedziałam się, że Pan i zna „fach” lekarzy weterynarii jako „klient z pupilem” i wie co to sterylizacja i kastracja, i dbają „wspólnymi siłami z zaprzyjaźnioną weterynarką” coby te jego przyjaciele się nie rozmnażały, dotychczas z powodzeniem (ciąż brak).
Zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcie pieska na pamiątkę. Ucieszył się bardzo, zgodził. Oczywiście zrobiłam więcej niż jedno, no szału nie ma, ale z dumą zaprezentowałam swe dzieło. Pan był zachwycony 😉 powiedział, że jeśli, odpukać, jego Pimpek się zgubi, to tak jakby ma (bo ja mam) jego zdjęcie i będzie można go szukać. Pocieszyłam go, że raz, chyba dość dobrze się Pimpek trzyma w jego orbicie, a że dwa, jeśli już się zdarzy (w międzyczasie dowiedziałam się, że psina kiedyś wylądowała na Paluchu, na szczęście szybko został odebrany a radości było co niemiara) to nawet jest szansa, że się spotkamy, bo ciągle kursuje na tej samej trasie tramwajowej 😉
Wiele, trochę złośliwej, radości, sprawiła mi jedna z współpasażerek stojąca w zasięgu mojego ramienia, która przez całą naszą rozmowę, rzucała nam piorunujące spojrzenia a mych uszu dobiegały zniecierpliwione sapnięcia. Nie do końca rozgryzłam temat. Czy bardziej Pani chodziło o sam fakt oficjalnie, choć trochę wstydliwie, stwierdzonej bezdomności. Czy raczej o połączenie tego faktu z psem. A może o to, że pies bezprzewodowy. Albo o samą ochoczą rozmowę. Niemniej nawet o milimetr nie przemieściliśmy naszej dyskusji wraz z naszą cielesną formą 😉
Pożegnaliśmy się w końcu. Życząc sobie miłego dnia i w ogóle. Dotarłam do (aktualnej) pieskowej bazy.
Cóż mogę rzec by uwieńczyć tę historię. Nie oceniajmy pochopnie. Nie odrzucajmy inności i „odmieńców” (dla mnie to dość wysoka ranga komplementu). Nie szukajmy patologii tam, gdzie tak naprawdę jej nie ma. Rzadziej (wiem, że nie wszystkim permanentnie się uda – spoko, rozumiem 😉 ) bywajmy krzykaczami i święcie oburzonymi. Walczmy w naprawdę słusznej sprawie. I pomagając zwierzętom, pamiętajmy by nie krzywdzić też ludzi. Świat nie jest jest jedno, czy dwuwymiarowy.
I to nie jest apel o głupią naiwność! Tylko o myślenie.
Zdanie me podzielają między innymi Kostek, Homer, Figa i Lulu.

Figa i Homer

Homer i Figs, leniwe niedzielne (jeszcze) przedpołudnie