Niełatwe jest życie psa w święta. A może i trudniejsze po świętach?

Najpierw istota psia dostaje nieoczekiwany przesyt ludzkości do towarzystwa, morze kąsków, legalnych i nie, zdobytych na ładne oczy i smutny pysk, a potem obuchem, przez kufę. Albowiem ludzie znikają. Dematerializują się, by zgubić się gdzieś w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni określanej zakazanym mianem, które strach wypowiadać głośno, czyli w PRACY. Tudududum.

Straszne, nie? Wyobrażam sobie, że w wiernych psich głowach kłębią się rewolucyjne i destrukcyjne myśli, jakoby ludzie po każdym zatrzaśnięciu drzwi mogli zniknąć na zawsze. Że po zamilknięciu zgrzytu klucza w zamku, gdzieś w alternatywnej rzeczywistości, na krańcu świata, pożerają nas Drzewoludy *, a one nie mogą naszczekać nam na ratunek. A jednak wracamy 😉 Radośnie wspominam o tym, jeszcze na fali relaksującego po-świątecznego wypoczynku, w ogóle nie związanego z pracą, więc lekko mi i przyjemnie, ale tak naprawdę maskuję tym czekające mnie od jutra, znane niepokoje.
Dobre to były psie święta, gdzie żaden czworonóg (nie dyskryminuję psów trzy i mniej nożnych) nie czuł się chyba pod mymi „skrzydłami” osamotniony. Wszystkie miały okazję na wspólne niuchanie, jedzenie, podgryzanie, przewracanie się z boku na bok, znudzenie, pobudzenie i spacerowanie. Może to i niezdrowe, ale samo patrzenie na takie stadko o łącznej liczbie sztuk czterech, daje mi wiele radości 😉 czasem się zapominam i okazuję, mimo wszystko mniej niż bardziej publicznie, zachwyt nad takim, a nie innym stanem rzeczy.
To tyle refleksji jeśli chodzi o świąteczne nastroje. Jakoś nie uniosłam się ponad ograniczenia swego ciała i nie spłynęła na mnie światłość. Ludzie nie robią na mnie lepszego wrażenia niż wcześniej, a na ulicach wciąż zalega błoto. I czasem, co gorsza, śmieci (błoto wszakże, to jeszcze rzecz, jak to woli, boska, lub w mocy natury, ale reszta…)

Trochę żeśmy się najeździli, żeby uzyskać pożądany stan psiej świąteczności, a nikogo z rodziny przy tym nie obrazić, ale potraktowaliśmy to jako dodatkowe atrakcje. Figa miała przy okazji kolejne szanse na ćwiczenie kursowania z pomocą komunikacji, akurat w realiach Warszawy o adekwatnie zmniejszonej liczebności mieszkańców. Mniejsze zatłoczenie dodaje jej pewności siebie 😉
Homer nieco więcej mógł wypocząć, wyleniuchować się i poprzejadać w towarzystwie ukochanego Kostka, który bądź co bądź jest na wygnaniu (źle nie ma, miłość do gryzoni kwitnie, jest z lekka zahipnotyzowany, ludzie poszli w odstawkę, ale relacje pies-szczur to cały temat na inny tekst 😉 ).
A Lulu, nasza maleńka, samolubna, piekielna księżniczka (która wiele razy pozytywnie nas już zaskoczyła) miała wiele okazji do przełamywania barier i próby akceptacji innych (poza sobą) tworów płci żeńskiej tego samego gatunku na ograniczonej przestrzeni. To samo zresztą tyczy się Figi. Wiecie jak to jest, panny czują „konkurencje”. Szczerze mówiąc w tej materii Figa bywa wredniejsza 😉 ale idzie im naprawdę nieźle, fazę agresji mamy raczej za sobą. Nie po raz pierwszy przekonujemy się o ile mniej ograniczone, a bardziej elastyczne są zwierzęta niż ludzie. I pełnie kłopotliwie brzmiącej „pogody ducha”.

Cóż pozostaje, chyba życzyć wszystkim niedowiarkom, pesymistom większym ode mnie, smutnym i zmęczonym rzeczywistością, albo gonieniem za marzeniami, więcej prostej, psiej (to nie jest obraźliwe) radości życia. Mniej presji, więcej luzu, cieszenia się tym, co pozornie niewarte uwagi. Przyda się to ale i na cały Nowy Rok także 😉
Do życzeń dołączają się: Figa, Lulu, Homer i Kostek. A także z pewnością wiele innych psów, kotów i innych stworzeń, które znam lub znałam, lubię, i darzę szacunkiem. I te, których poznać okazji jeszcze nie miałam 😉

zz-2

Figa z odpoczynkiem po świętach radzi sobie dość dobrze. Homer jak widzimy, gorzej.

* wciąż nie mogę otrząsnąć się po obejrzeniu filmu Siedem minut po północy. Uważajcie na Drzewoludy!