Nasza uciekinierka dała się schwytać dokładnie w poprzedni poniedziałek i tym samym wydarzenie to zostało wymarzonym prezentem mikołajkowym dla mnie 🙂 można rzec, że choć opowieść spóźniona, obchodzimy właśnie „tygodnicę” szczęśliwego zakończenia nieszczęśliwej przygody 😉

Naprawdę naganialiśmy się za nią aż do obrzydzenia i chyba każdy, kto choć trochę zaangażował się w akcję miewał chwile zwątpienia…

Na pamięć nauczyłam się wszelkich zakamarków parku Szymańskiego, Sowińskiego i okolic tamtejszego cmentarza dzięki swoim codziennym marszom poszukiwawczym.

I szczerze należy powiedzieć, że nie udałoby się to wszystko, gdyby nie ludzie (czasem nawet przypadkowo) pomagający w trakcie całej akcji.

Wiele nadziei dzięki swoim obserwacjom i radom, a jak później się okazało był to prawdziwy strzał w dziesiątkę, dały nam Panie Karmicielki bezdomnych kociaków.
To właśnie dzięki nim udało nam się namierzyć stołówkę i sypialnię panny na gigancie. Trzeba przyznać, że nawet w stanie pół-dzikim urządziła się nie najgorzej, padło bowiem nie na śmietnik, lecz kocie miski, nie na norę a smutną kanapę stojącą w towarzystwie foteli na opuszczonej posesji z niegdyś zupełnie użyteczną altaną.

Warunki atmosferyczne od niedzieli 27.11 do poniedziałku 5.12 bywały naprawdę różne… Od pluchy, deszczu przez pogodę łagodną, po śnieg, przymrozki i dobijający wiatr.

A szlachcianka Figa wszystko to przetrwała, wszakże była to dla niej nie pierwszyzna (czasem gorzej radziliśmy sobie my, ludzie, „ekipa poszukiwawcza”).

Finalnie, zaznaczę że przy drugim podejściu (pierwsze łapanie namierzonej zguby nie powiodło się, mimo obiecujących zapowiedzi- klatka łapka zdecydowanie śmierdziała podstępem- tymczasem zaufanie do ludzi zostało mocno nadszarpnięte- i nic tu pomóc nie mogło: ani smakowity kurczak, ani głód łapanej, ani nieziemska cierpliwość, ani godziny oczekiwania i modłów…) odzyskaliśmy ją w końcu, została złapana na pętle (brzmi gorzej niż w rzeczywistości się prezentuje), dzikus walczył niespodziewanie zajadle. Tyle nas, jakimś cudem, się tam zebrało, że i dziury na posesji były załatane i obstawione, i wystarczyło nas do trzymania siatki na bramie, a chłopaki z TROPU mogli spisać się na medal. Naprawdę, pełna profeska 😉 każdy zrozpaczony opiekun z krnąbrną zgubą, może liczyć na ich pomoc, naprawdę robią co mogą. I choć jest to wolontariat- to pełen pasji.

Na początku wyglądało to groźnie. Figa po załadowaniu na pokład klatki nie okazywała oznak cienia sympatii i kłapała paszczą… Szykowałam się już na ciężką przeprawę i nastawiałam na wiele, wiele godzin pracy z nią, żeby znów była tym kochanym psem, tym tuż sprzed ucieczki.

A tymczasem, już po dojechaniu na Bemowo, jeszcze w klatce, zaczęły się szaleństwa. Na początku delikatnie, machanie ogonem. Już w mieszkaniu po omacku natychmiast trafiła na swój fotel (a czekało nas kolejne pranko- okazało się, że prócz typowego dla uciekiniera brudu, wytarzała się w jakim szprocie, czy co a do tego, ma cieczkę…). Potem były tańce radości, piski, przytulania i inne cuda. Kamień spadł mi z serca.

Już po kąpieli, zasłużony relaks:

figa_zdrowa

A nasz nowy pierwszy spacer wyglądał tak:

img_20161206_064236

(podwójne uwiązanie to tak na wypadek, w asyście przyjaciel Homer)

Od byłych (niedoszłych?) opiekunów dowiedziałam się, że „ten pies nie nadaje się (chyba) do domu”…

Tymczasem rzeczony pies aktualnie jest w takim stanie:

img_20161210_144108

(Zupełnie w domu, w mieszkaniu, a do tego w gościach, bezczelnie wdrapała się na nieswoją kanapę by przytulić się i „zapozować”, a następnie z godnością zeskoczyć na panele-tam chłodniej, a nie zapominajmy, że jej drugi dom, to bezkresne obszary tundry i tajgi…).

W ostatni weekend, by udowodnić swą miejskość i przystosowanie, Figa nauczyła się specjalnie dla nas jeździć tramwajem co napawa mnie dumą i zachwytem.

Ale o tym już w innym kawałku 😉