Po długiej, długiej, długiej przerwie, postanowiłam jednak coś napisać. O, tak po prostu, żeby przypomnieć sobie, że mogę, a może że powinnam.

Prawdopodobnie każdy twórca, nawet jeśli się nie przyznaje, nie głosi o tym, nie chwali się, czy nie żali, troszkę, gdzieś tam w głębi duszy, serca, zakamarków umysłu, pragnie żeby ktoś zobaczył, przeczytał, zauważył to co ma do powiedzenia, przekazania. Żeby zupełnie bez echa nie przeszło to, co też tak hojnie chce zaoferować światu. Ale warto też pamiętać (może zwłaszcza gdy nie jest się autorem zbyt uznanym, czy też jest się nieznanym wcale 😉), że to co tworzymy, jest też dla nas samych, a nawet przede wszystkim dla nas samych, że winni jesteśmy sobie tę przyjemność, odrobinę samoadoracji czy też dostrzeżenia siebie samych właśnie. Ble ble. Piszę sobie to bezpieczna, spokojna, nie głowiąc się przesadnie nad tym, czy jest to wystarczająco fajnie, ciekawe, godne czyjejś uwagi. Niezabieganie o atencję ma swoje plusy i potrafi przynieść ukojenie, a ukojenia, również poprzez szeroko rozumiane środki wyrazu potrzeba nam w obecnych czasach bardzo mocno, jeśli nie rozpaczliwe. Także polecam, próbujcie wszelkimi sposobami, które nie skrzywdzą innych.

Może to będzie jakaś forma autoterapii, może w jakiejś części. Wiecie, terapia sztuką, słowem, te sprawy.

Jako że, czasy mamy jeśli nie ciężkie, to nieprzyjemne, z wielu, wielu powodów* to bardzo zależało mi, żeby wrzucić coś pozytywnego, miłego, takie moje małe światełko.

Zatem przedstawię echu moją kolejną papugę. Nie, Grossi nie odszedł ani za Tęczowy Most, nie jest na gigancie, nie przehandlowałam go na czarnym rynku, chociaż czasem mam na to piekielną ochotę (raczej na czarny rynek, niż przedwczesne zgony). Tak jak marzyłam, czy też postanowiłam sobie, mam obecnie w domu parkę rozwrzeszczanych, kapryśnych, bajecznie kolorowych, opętanych przez siły zniszczenia papug. I to nie od wczoraj. Nowa została naszą 7.08. Jak jest? Dziwnie i zwyczajowo inaczej niż sobie wyobrażałam, chociaż starałam się być ostrożna w przewidywaniach.

Chwilę się porozpływam.

Róża (Grossi vel Groszek zgodnie z Wielkim Planem dostał swoją Różę, jeśli ktoś nie zna żadnej piosenki o groszkach i różach, to wiele stracił, ale wciąż nie jest za późno) jest naprawdę słodką istotą. No, może słodką jak na papugę. No, może jest jeszcze mała, i jednak za pół roku będzie chciała nam wszystkim odgryźć głowy, kto wie. Ale przynajmniej profil dziecięcości, formę poczwarki ma zupełnie inną niż miał Groszek, choć jemu również nie brakowało uroku.

Hitem, choć prawdopodobnie tylko dla mnie (rozumiecie, prawda jest taka, że standardowo innych nie porywają wasze zbiory znaczków, zamiłowanie do zumby, literatury z dziedziny fantastyki, albo kolejny mleczny ząb latorośli), były jej pierwsze tygodnie w naszej rodzinie. Przygotowani na potencjalne trudy łączenia kupiliśmy jeszcze większą klatkę, która wygląda jak porządny loch dla niegrzecznych dzieci, z możliwością podziału na dwa M1. Róża okazała się istotą niezwykle proludzką (uściślając – wystarczał jej jeden człowiek na raz, ale dużo i blisko, w efekcie, tu nie będzie zaskoczenia, jest urojona głównie na mnie). Jej poczynania po zamknięciu w klatce koncentrowały się na rozpaczliwych próbach wydostania się z niej. To były totalnie oszałamiające spektakle. Desperackie skoki na kraty. Akrobatyczne rzucanie się na dno klatki. Spadanie na głowę. Wciskanie głowy w każdą szparę. Klinowanie się w najmniej oczekiwanych miejscach. Używanie skrzydeł w sposób łudząco przypominający działanie ludzkich rąk dotkniętych dziwnym, acz częściowym paraliżem. Ciche, choć rozdzierające serce pokrzykiwanie i beczenie dziwne nawet jak na młodą papugę. Po czasie zrozumiałam, że ta ludziofilność miała swoje logiczne powody. Po pierwsze, prawdopodobnie Róża była permanentnie i przewlekle głodna (oczywiście, że ją karmiłam, kilka razy dziennie, póki nie zaczęła jeść sama bardziej efektywnie i zrozumiała jak używać dzioba i łap, ale widocznie jej potrzeby były jeszcze większe niż podaż), a po drugie, chciała oddalić się od tej drugiej, socjopatycznej papugi, nawet jeśli była od niego bezpiecznie oddzielona kratą. Po trzecie, co już jest bardziej niejasne, może zwyczajnie chciała być blisko czegoś miłego i ciepłego, bo po prostu była mała i zagubiona, a papuzi rodzice byli już daleko, a że dostępny okazał się jakiś człowiek to już igraszki losu.

Podejmując próbę porównania tych dwóch osobników, ich charakterystykę można sprowadzić do kilku obszarów:

  1. Niebezpieczne sytuacje: Jeśli Groszek się w coś zaplącze będzie się darł w niebogłosy próbując zniszczyć niewidzialnego wroga, co jest o tyle dobre, że szybko ściągnie uwagę opiekuna. Podczas akcji ratunkowej z dużym prawdopodobieństwem będzie usiłował pogryźć cię do krwi miotając się niczym ofiara egzorcyzmów. Jeśli zaplącze się Róża, będzie siedziała cicho. Chwilę będzie kminić co robić, być może licząc że te nieprzyjemne odczucia znikną jeśli spokojnie się przyczai. Następnie, bez większemu szumu będzie próbowała się oddalić od pułapki podejmując np. próbę odlecenia. Kiedy ją znajdziesz, będzie patrzyła na ciebie w oczekiwaniu, następnie pokornie da się uratować, co najwyżej nakracze trochę na ciebie, ale możesz być spokojny o palce. W finale akcji ratunkowej możesz ze szczęścia pocałować ją w dziób, potem odleci bawić się dalej. Generalnie wykazuje ogromne powinowactwo do sznurków, tasiemek i tym podobnych. Należy unikać umieszczania w jej pobliżu wolnych sznurków dłuższych niż 10 cm i cieńszych niż palec.
  2. Zdolności dźwiękonaśladowcze: Grossi pięknie gwiżdże. Naśladuje melodie. „Ma ucho”. Mówienie… Ma prawie półtora roku, a opanował, wydaje się że przypadkowo: AKUKU, kukuku, dzień dobry, dobry dobry, tak!, ooo!… Jeśli chodzi o jego imię, to umie powiedzieć „Gro” i… Grobry. Zaczęłam dzisiaj rozważać zmianę jego ksywy na Grobry właśnie, którą przynajmniej potrafi powtarzać z uporem maniaka. Rózia nie gwiżdże. Przynajmniej nic, czego chcielibyśmy słuchać. Jej głos czasem wydaje się chropowaty i dziwaczny. Ale ma niespełna pół roku, a już mówi wszystko to co Groszek i próbuje nowych słów, sylab, chociaż w jej przypadku, naprawdę niczego jej świadomie nie nauczyłam. Nawet nie próbowałam w sumie. Krzyczą tak samo, Grossi trochę głośniej 😉
  3. Pieszczoty: Groszek kocha mizianko po głowie i szyi, głaskanie łapek. Potrafi tulić głowę do policzka, pięknie się puszyć. Czasem da się pogłaskać całościowo. Ale. No właśnie, ale. Generalnie, robi to tylko kiedy przyjdzie mu ochota, w nieoczekiwanych momentach, które mogą trwać długo lub sekundy. Równie nieoczekiwanie potrafi przejść do ataku dziobem, nawet jeśli przed sekundą z ogromną delikatnością i spokojem cię iskał. I właściwie robi to tylko ze mną. W gryzieniu czy też dziobieniu (to nie to samo, co dziobanie), jest mniej wybredny. Za to ma ciekawe preferencje do zabaw interaktywnych w stylu „tortilla z papugi” i „ukryję się pod kocem”. Róża umiarkowanie lubi mizianie po głowie, choć coraz bardziej odkąd się trochę lepiej upierzyła i nie kłują ją młode pióra. Można macać jej stopy, głaskać dziób, miziać pod skrzydłami, dawać buziaki, brać w ręce w razie konieczności, czy nawet przytulić. Małe ale jest takie, że również taką zażyłość wykazuje tylko ze mną, choć po wakacyjnym epizodzie opieki dość dużym zaufaniem darzy też moją siostrę. Ciężko powiedzieć, jak byłoby z innymi ludźmi, bo nikt z otoczenia nie wykazuje specjalnej chęci zaprzyjaźnienia się z papugami, a one tego poznania potrzebują, przynajmniej te moje, żeby dać z siebie więcej. Obie papugi lubią podróże na ramieniu i siadanie na głowie, choć to drugie jest bardziej domeną Groszka. Rózia jest też mistrzynią akrobatyki, odkąd straciła wczesnodziecięcą nieporadność, oraz specjalistką od ucieczek z bezpiecznej przestrzeni (mamy różne, dość prowizoryczne zapory przed papugami, służące ograniczeniu/moderacji ich ekspansji, ale dla niej to niespecjalny problem – jeśli będzie chciała polecieć za mną do kuchni, zrobi to, nie bacząc na urzekające dekoracje w naszym domu, które upodobniają go do niewyszukanej jaskini uciech cielesnych).
  4. Higiena: Grossi raz ma, raz nie ma ochoty na kąpiele. Gdy ma, i tak prawdopodobnie choć raz podczas mycia poszarżuje na ciebie, jakbyś mierzył do niego z ciężkiej broni, a nie spryskiwacza do kwiatów, który zna i lubi. I właśnie. W grę wchodzi tylko spryskiwacz. Inne metody kąpieli są wysoce niepożądane. Rózia generalnie mogłaby się kąpać prawie co dzień, sporadycznie wykazuje opory. Spryskiwacz absolutnie odpada. Przeraża ją. Lubi miski. Zwłaszcza te metalowe. Podczas kąpieli należy polewać ją wodą i obmywać dłońmi, ale usługiwanie jej w tej celebracji to czysta przyjemność. Jest wówczas wyjątkowo ukontentowana. W płytszej wodzie będzie próbowała pluskać się jak wróbel. Lubi się ostro zmoczyć. Ostatnio odkryła zlew i kran. Okazało się że wsadzanie głowy i tyłka pod kran również jest satysfakcjonujące.
  5. Jedzenie: Preferencje Groszka można sprowadzić do „Daj mi banany, ostatecznie zjem też inne owoce i warzywa ale z każdego kawałka 1/10 w porywach to 4/10, resztę wrzucę w kał”. Ziarnoholik, obecnie w okresie abstynencji, przekonał się do owocowego i warzywnego granulatu. Preferencje Róży są bardziej eklektyczne „Daj mi borówki, ale zjem też niemal wszystkie inne owoce i warzywa, bardzo lubię paprykę”. Mała też lubi ziarno, ale bez kociokwiku i jest pasjonatką granulatu.
  6. Wygląd: Grossi obiektywnie jest bardzo atrakcyjnym ptakiem. Pięknie ubawionym. Masywnym, dobrze zbudowanym, po prostu pięknym. Dużo żółtego, znikome ilości niebieskiego, pod tym względem nieznacznie przewyższał go tylko Ziutek, ale miał inny styl szaty, wzór żółtego „rysunku” na głowie. Rózia… Naprawdę się na nią wyczekaliśmy i długo nie byliśmy pewni, czy w ogóle w wybranej przez nas hodowli będą w tym roku potwierdzone badaniami samiczki. I w końcu mieliśmy do „wyboru”…aż jedną. To bardzo płytkie co napiszę, i niepodobne do mnie, ale gdy zobaczyłam jej pierwsze fotosy już z upierzeniem, pomyślałam, że chyba wciskają nam papugę z jakimś ptasim upośledzeniem i poczułam żal. Na championa na pewno nie wyglądała. W dniu odbioru prezentowała się niewiele lepiej, ale byłam niezwykle podniecona i jakoś nadmiernie uszczęśliwiona tą sytuacją i być może to sprawiło, że zakochałam się w niej od pierwszego żywego wejrzenia i nie mogłam się już od niej odkleić. Teraz wygląda dużo atrakcyjniej, wypiękniała. Przynajmniej tak mi się wydaje… Na pewno mnie wydaje się najpiękniejsza, o.

Ufff. Na wstępną prezentację wydaje się, że wyprodukowałam aż nadto materiału 😊 tekst o relacjach między papugami powinien powstać zdecydowanie osobny. Jeśli ktoś, prócz mnie, dotrwał do końca tego wstępu, serdecznie gratuluję wytrwałości :P.

* Mam wrażenie, że jeśli padnie tutaj COVID, to coś mną targnie, padło, nie pomyliłam się, targnęło, choć myśli moje dzisiaj i wczoraj, bardziej przy trybunale konstytucyjnym. Jeśli komuś przyjdzie do głowy osadzić datę wpisu w rzeczywistym świecie, a co gorsza będzie to mieszkaniec Polski, raczej zrozumie moje rozterki. TK „pisany z małej” jest celowym zabiegiem rozpaczliwym. Nie artystycznym, nie stylistycznym, bo ze sztuką czy środkami wyrazu nie ma to za wiele wspólnego. To po prostu żal.
Wrzuciłam to w przypis, żeby łatwiej było Wam (jeśli ktoś taki, znudzony, szukający treści jakiejkolwiek, złakniony bodźców, lub po prostu życzliwy się znalazł) i mnie samej wybaczyć mi te dygresje.