28.02.2020 około 13

Chciałam napisać coś teraz, coś na już, póki jeszcze nie stało się to ostateczne i nieodwołalne. Piptol, moja przyjaciółko z niepoważnym imieniem. Tyle lat, taki ogrom czasu jak na szczurzą perspektywę, spędziłyśmy razem. I taka ogromna niezgoda jest we mnie na to, co mam Ci niebawem zrobić.

Tyle szczurów już przez nasz dom się przewinęło, tyle ukochanych. I człowiek wciąż się jakoś nie przyzwyczaja.

To marzenia z tych smutnych raczej, ale tak marzyłam sobie, że Piptol właśnie, nie kto inny, odejdzie sobie z nami, u nas, w spokoju, w domu, na swoim.

Byliśmy wczoraj na wizycie, w tej niesławnej lecznicy co to czasem nam służy, czasem nie. Bo odkąd powróciłam do żywych (o moich perypetiach może kiedyś, może nigdy), Piptol jakoś tak gorzej się czuła, więcej bunkrowała w szczurzym domku, wyglądała słabiej. Jedyne co nam pani weterynarz zaleciła, to eutanazję. Ale nie zgodziłam się, nie chciałam igły w serce, nie chciałam ich złotego standardu i zakazu mojej obecności przy tym. I tak oto umówiliśmy się na dzisiaj do Pani Weterynarz, którą darzymy dość dużym zaufaniem. Zaopatrzyłam Piptol we wszystkie możliwe leki nie chcąc się godzić z jej odchodzeniem… Może z leków, może z przytulania i dokarmiania, może przypadkiem i nie do końca naprawdę, w nocy poczuła się ciutkę lepiej, popełzała po swoim smutnym piętrze starego wygnańca, skubnęła trochę banana, trochę sałaty samodzielnie, umyła pyszczek, wczołgała się do rury i wcale nie zechciała umrzeć do rana. Stabilna jest, ładnie daje się dokarmiać, coś tam reaguje na bodźce, pewnie mogłaby tak długo. Ale nie ma za dużo litości i empatii na tym świecie, jest wskazanie do wyprawienia na tamten świat, kończą się starania, na wczorajszej wizycie nie zostaliśmy zaopatrzeni w absolutnie nic, nawet leki przeciwbólowe, więc korzystaliśmy tylko i wyłącznie z własnej, dość obszernej już, szczurzej apteki. Dylemat to jest dla nas ogromny i co się tu oszukiwać, nie są to najprzyjemniejsze czynności: bezustanne podawanie leków, dokarmianie, obmywanie… Ale wcale jakoś nie chcemy Piptol uśmiercać. Jakoś nie czuje tej nadciągającej ulgi. Kocham ją i najbardziej chciałabym, żeby nie cierpiała, miała troszkę więcej siły i cokolwiek mogła czerpać ze swego szczurzego życia. Nie pocieszają mnie, bądź co bądź dość płytkie złote myśli „tak trzeba”; „pomóż jej odejść”. No nie mogę. Tyle razy to przerabiałam, tyle za mną, a wciąż mną trzącha. I wiem, że czasem trzeba. I że należy brać odpowiedzialność. Cały czas staram się tego uczyć i siebie i innych. Jedyne czego się chwytam to cierpienia. Że nie chcemy niepotrzebnego cierpienia. Nic innego do mnie nie przemawia. Piptol jest tak dzielna i tak silna, tyle przeszła, tyle ma w sobie woli życia, że tak bardzo chciałabym zapytać ją… Co wolisz? A czego Ty byś chciała? Jak tak naprawdę się czujesz? Ale obawiam się, że do końca mogłaby tego sama nie wiedzieć…

Przerażające to jest dla mnie i cierpię. Znam procedury i ta znajomość nic a nic nie daje mi ukojenia. Luty mamy dopiero, a rok, każdego dnia niemal, okazuje się nieprzyjazny, pełen pułapek, smutny, bolesny… Tomy mogłabym napisać o wierze, rozczarowaniu, kolejnych ciosach. A jeśli w końcu będzie za trudno… Powoli zbliża się czas w naszą drogę. Okropne. Kolejny raz trzeba się zebrać i znaleźć jeszcze troszeczkę siły.

28.02.2020 około 16

Po wszystkim, po płaczu, po odrobinie rozpaczy. Osuwam się w kojącą apatię. Niby wszystko gra, wszystko „w porządku”, ale jest inaczej. Z wierzchu tak bardzo już nie widać.

28.02.2020 przed 23

Okazuje się, że dziś wydarzyło się więcej, niż potrafiłam przewidzieć, niż mogłam przypuszczać. Czuję się trochę tak, jakbym straciła jakieś wszystko. Może to tylko drgania złamanego serca, może to prawda. I nie wiem co dalej, i kolejny raz na rozstaju.

A miało być tylko o Niej i przez Nią i dla Niej.

19.03.2020 około 21:30

Długo zwlekałam z zamieszczeniem tego. Bez wyraźnego powodu. Li i jedynie z tytułu toczącego się życia. Toczącego się dziwnie, nierówno, inaczej. Teraz to już pandemia i cały świat, cały nasz Polski światek bohaterów na zawołanie o jednym. A ja znowu o niej, o istocie tak nieważnej w oczach świata, którą kocham dalej mimo tego że odeszła, a ja jestem. Jak każdego mojego przyjaciela. Sic! Bądź co bądź bardziej przyjaciółkę.

Ale nie o feminizmie dzisiaj.

Żegnaj Piptol, żegnaj i do zobaczenia.

Madame, jak na szczurze standardy, naprawdę wiernie i łagodnie trwała przy Piptol. Ale rozchorowała się nam, jeszcze przed odejściem staruszki. I tak chorowała, chorowała, że czułam się już jak w czyśćcu, słuchając dzień w dzień i po nocach charczenia, duszenia się i walcząc z odmową jedzenia, ze znikaniem gram po gramie kolejnego szczura… Zgodnie z naszą umową (choć wcale nie czuje się z tym specjalnie dobrze) w fundacyjnym domu tymczasowym (bardzo ciepło pozdrawiamy Hemmę) czeka na nią (w gruncie rzeczy już niemal od tygodni) miejsce w paliatywnym szczurzym stadzie. Ale liczyliśmy, że ją wyleczymy. Że będzie miała szansę na taki, niby „prawdziwy” dom. Owszem, podleczyliśmy ją, jest o niebo lepiej, apetyt typowy dla gatunku nareszcie powrócił, zaczęła przybierać, nie gubić. Ale patrząc prawdzie w oczy, czego nie lubię, a robię codziennie, jest przewlekle chora. A do tego złego dołożę jeszcze, że jakoś wczoraj wymacaliśmy jej niepokojący guzek poniżej krtani… Cóż, o niej bardziej, dokładniej, następnym razem. Zasługuje na swoją opowieść. Co chciałam napisać, to tyle, że do Lublina, ze swoją wyprawką, jedzie jutro. I serce mi się kraja, tak bardzo egoistycznie, że zostanie „dowieziona” a nie przywieziona przeze mnie (choć na to właśnie się nastawiałam) no ale tak będzie odpowiedzialniej, bezpieczniej, bo przecież pandemia i trzeba uważać, ograniczać podróże, ograniczać swe marne szczurze życia. Więc pokornie, z opuszczoną głową ograniczam. I chowam swe plany, swoje pragnienia, i zdaję się trochę na los. O 12. To już tak niewiele czasu, gdy zamknie się nasze Szczurze Stado…